24.03.2023, 10:41 ✶
Brenna dopiero uczyła się kłamać. Miała z czasem stać się w tym mistrzynią, ale na razie robiła to bardzo rzadko i zwykle było to nie tyleż kłamstwo, co jakieś dzikie wymysły, o których od razu dało się powiedzieć – to kolejne opowieści Brenny. Poza tym naprawdę lubiła jeść, i faktycznie, zrobiła rano tosty, a potem jeszcze porwała niedojedzoną kanapkę brata.
- Och, wydał się mój sekret. Tak, to byłam ja. Tylko nie kradłam śniadań. Desery. Warte kradzieży są tylko desery – powiedziała, snując właśnie tę kolejną, nieprawdziwą historię i doszorowując jednocześnie kuchenkę. Nie dostrzegła uśmiechu Dory, zbyt skupiona na swojej pracy.
A może tylko łatwiej było jej na nią nie patrzeć.
- Taaaak – powiedziała. Co się świeci. W kraju, a także w ich domu, kiedy wybiegają z niego nagle w piżamach. To znaczy, właściwie tylko ona wybiegła w piżamie. Chyba mniej więcej tego dnia Brenna ostatecznie pogodziła się z myślą, że nie będzie miała normalnego życia. Że może zapomnieć nie tylko o takich rzeczach, jak małżeństwo czy dzieci, ale też nawet spotykanie się z kimś czy jakiekolwiek plany na starość.
- Nie, właściwie to nie – stwierdziła w pewnym zamyśleniu. Byłaby to wygodna wymówka, ale Dora nie zasługiwała na to, by ją okłamywać. Zresztą i tak w końcu się domyśli. W końcu do Zakonu należeli Brenna, Erik, ich ojciec, ich wuj, ich kuzynka i jeszcze jedna kuzynka. Wprawdzie Lucy upierała się, że by nie mówić Danielle, ale aurowidzka pewnie też się zorientuje. – Wiesz, Dora, Ministerstwo ma to do siebie, że majętni czarodzieje mają w nim duże wpływy. A majętni czarodzieje to często osoby czystej krwi. Na dziesięć osób czystej krwi przynajmniej pięć bardziej albo mniej jawnie popiera postulaty Voldemorta, a jedna pozwoliła sobie wypalić mało gustowny tatuaż na ramieniu.
I ta statystyka, Brenna była niemal pewna, z czasem zmieni się na ich niekorzyść. Może już przedstawiała się gorzej i Longbottom była zbytnią optymistką?
Znów przejechała ścierką po kuchence, choć smuga, którą szorowała, znikła chwilę temu.
- Proszę cię, żebyś zaopatrywała osoby, które starają się przeciwdziałać temu, co robi Voldemort, na różne sposoby. Często niejawne.
- Och, wydał się mój sekret. Tak, to byłam ja. Tylko nie kradłam śniadań. Desery. Warte kradzieży są tylko desery – powiedziała, snując właśnie tę kolejną, nieprawdziwą historię i doszorowując jednocześnie kuchenkę. Nie dostrzegła uśmiechu Dory, zbyt skupiona na swojej pracy.
A może tylko łatwiej było jej na nią nie patrzeć.
- Taaaak – powiedziała. Co się świeci. W kraju, a także w ich domu, kiedy wybiegają z niego nagle w piżamach. To znaczy, właściwie tylko ona wybiegła w piżamie. Chyba mniej więcej tego dnia Brenna ostatecznie pogodziła się z myślą, że nie będzie miała normalnego życia. Że może zapomnieć nie tylko o takich rzeczach, jak małżeństwo czy dzieci, ale też nawet spotykanie się z kimś czy jakiekolwiek plany na starość.
- Nie, właściwie to nie – stwierdziła w pewnym zamyśleniu. Byłaby to wygodna wymówka, ale Dora nie zasługiwała na to, by ją okłamywać. Zresztą i tak w końcu się domyśli. W końcu do Zakonu należeli Brenna, Erik, ich ojciec, ich wuj, ich kuzynka i jeszcze jedna kuzynka. Wprawdzie Lucy upierała się, że by nie mówić Danielle, ale aurowidzka pewnie też się zorientuje. – Wiesz, Dora, Ministerstwo ma to do siebie, że majętni czarodzieje mają w nim duże wpływy. A majętni czarodzieje to często osoby czystej krwi. Na dziesięć osób czystej krwi przynajmniej pięć bardziej albo mniej jawnie popiera postulaty Voldemorta, a jedna pozwoliła sobie wypalić mało gustowny tatuaż na ramieniu.
I ta statystyka, Brenna była niemal pewna, z czasem zmieni się na ich niekorzyść. Może już przedstawiała się gorzej i Longbottom była zbytnią optymistką?
Znów przejechała ścierką po kuchence, choć smuga, którą szorowała, znikła chwilę temu.
- Proszę cię, żebyś zaopatrywała osoby, które starają się przeciwdziałać temu, co robi Voldemort, na różne sposoby. Często niejawne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.