24.03.2023, 12:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2023, 12:44 przez Brenna Longbottom.)
- Spadłam – wyjaśniła Brenna usłużnie, zadzierając głowę, by spojrzeć na belkę, z której zleciała. Oczywiście, migrena natychmiast się nasiliła. Gryfonka jęknęła cicho, a potem, z pewnym trudem, zdołała unieść się do pozycji siedzącej.
Też była rozczochrana, a w jej włosach pełno było liści i znalazła się jakaś pajęczyna. Gdzieś zgubiła wierzchnią, ciemną hogwarcką szatę, chociaż szalik Gryffindoru, jakimś cudem spadł z jej szyi dopiero, gdy ona spadała z krokwi. Odruchowo sprawiła, czy ma przy sobie różdżkę, ale tej na szczęście nie straciła.
- Jak ja tam wlazłam? – zastanowiła się, przyglądając belce. To nie była nawet ta, na którą dostała się na czwartym roku. – Tori, czy ty mnie tam lewitowałaś, czy w nocy nauczyłam się chodzić po ścianach? – spytała, bo chociaż była naprawdę dobra we wspinaniu się, w tej chwili czuła, że na trzeźwo wejścia do tego miejsca by się nie podjęła.
Pokój wspólny…
To przywołało pewne wspomnienie. Tak, faktycznie. Dotarły do zamku i Brenna powiedziała, że właściwie już nikt nic im nie zrobi, nawet jak są Gryfonką i Ślizgonką, i może Victoria chciałaby skorzystać z niepowtarzalnej okazji obejrzenia Pokoju Wspólnego Gryfonów, bo teraz na pewno będzie pusty… i że mają tam świetne fotele. Kiedy miód szumiał w głowie, to wydawało się całkiem logicznym pomysłem. (Właściwie na trzeźwo Brenna też mogłaby narazić Gryffindor na wieczną hańbę i pokazać go Ślizgonkom. Ale raczej nie robiłaby tego w taki sposób, jak w nocy.)
- Zaraz… - wymruczała. – Nie jestem pewna. Pomyliłam wieżę, czy przed kimś musiałyśmy uciekać? – zastanowiła się, bo kojarzyła coś mgliście. Chyba chowały się w jakimś schowku. A potem, pod zaklęciem kameleona wędrowała na czworakach za kolumnami, aby ominąć jakieś duchy, które kłóciły się na korytarzu. Właściwie dlaczego próbowała je ominąć…? Nauczyciele pewnie wspomnieliby coś o tym, że są rozczarowani, ale Brenna miała niejasne wrażenie, że celowo tej ostatniej nocy nie próbowaliby łapać siódmoklasistów, żegnających się z Hogwartem, a im i tak nie można było dać już szlabanu.
A. Zaraz. Chyba z jakichś powodów zapomniała, że w sumie to jest koniec roku.
- Chyba zostanę abstynentką – zadeklarowała, wyciągając z włosów gałązkę. Zamarła i przypatrywała się jej przez chwilę. – To wygląda jak… jak gałązka z Zakazanego Lasu – powiedziała powoli, rozpoznając charakterystyczne liście. Obejrzała uważnie swoje dłonie, a potem kolana. I na jednych, i na drugich, nie brakowało zadrapań. – Ehem, przepraszam. Nie jestem pewna, co się stało, ale myślę, że to moja wina – stwierdziła z miną zbitego psiaka, próbując sięgnąć wspomnieniami do wczorajszego wieczoru. Zanim wchodziły na piętro, i zanim chowały się przed duchami. Pomiędzy drzwiami Trzech Mioteł a wrotami Hogwartu w jej pamięci ziała dziura.
Też była rozczochrana, a w jej włosach pełno było liści i znalazła się jakaś pajęczyna. Gdzieś zgubiła wierzchnią, ciemną hogwarcką szatę, chociaż szalik Gryffindoru, jakimś cudem spadł z jej szyi dopiero, gdy ona spadała z krokwi. Odruchowo sprawiła, czy ma przy sobie różdżkę, ale tej na szczęście nie straciła.
- Jak ja tam wlazłam? – zastanowiła się, przyglądając belce. To nie była nawet ta, na którą dostała się na czwartym roku. – Tori, czy ty mnie tam lewitowałaś, czy w nocy nauczyłam się chodzić po ścianach? – spytała, bo chociaż była naprawdę dobra we wspinaniu się, w tej chwili czuła, że na trzeźwo wejścia do tego miejsca by się nie podjęła.
Pokój wspólny…
To przywołało pewne wspomnienie. Tak, faktycznie. Dotarły do zamku i Brenna powiedziała, że właściwie już nikt nic im nie zrobi, nawet jak są Gryfonką i Ślizgonką, i może Victoria chciałaby skorzystać z niepowtarzalnej okazji obejrzenia Pokoju Wspólnego Gryfonów, bo teraz na pewno będzie pusty… i że mają tam świetne fotele. Kiedy miód szumiał w głowie, to wydawało się całkiem logicznym pomysłem. (Właściwie na trzeźwo Brenna też mogłaby narazić Gryffindor na wieczną hańbę i pokazać go Ślizgonkom. Ale raczej nie robiłaby tego w taki sposób, jak w nocy.)
- Zaraz… - wymruczała. – Nie jestem pewna. Pomyliłam wieżę, czy przed kimś musiałyśmy uciekać? – zastanowiła się, bo kojarzyła coś mgliście. Chyba chowały się w jakimś schowku. A potem, pod zaklęciem kameleona wędrowała na czworakach za kolumnami, aby ominąć jakieś duchy, które kłóciły się na korytarzu. Właściwie dlaczego próbowała je ominąć…? Nauczyciele pewnie wspomnieliby coś o tym, że są rozczarowani, ale Brenna miała niejasne wrażenie, że celowo tej ostatniej nocy nie próbowaliby łapać siódmoklasistów, żegnających się z Hogwartem, a im i tak nie można było dać już szlabanu.
A. Zaraz. Chyba z jakichś powodów zapomniała, że w sumie to jest koniec roku.
- Chyba zostanę abstynentką – zadeklarowała, wyciągając z włosów gałązkę. Zamarła i przypatrywała się jej przez chwilę. – To wygląda jak… jak gałązka z Zakazanego Lasu – powiedziała powoli, rozpoznając charakterystyczne liście. Obejrzała uważnie swoje dłonie, a potem kolana. I na jednych, i na drugich, nie brakowało zadrapań. – Ehem, przepraszam. Nie jestem pewna, co się stało, ale myślę, że to moja wina – stwierdziła z miną zbitego psiaka, próbując sięgnąć wspomnieniami do wczorajszego wieczoru. Zanim wchodziły na piętro, i zanim chowały się przed duchami. Pomiędzy drzwiami Trzech Mioteł a wrotami Hogwartu w jej pamięci ziała dziura.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.