Pocałunek syreny, mokry i miękki, wciągnął ją w podwodne arkana, nęcąc niewiadomym, więżąc w mdłym uścisku; nie liczył się brak oddechu, gdy ostatni wydech opuścił jej płuca, ani fakt, iż była o krok od utonięcia – wszystko tańczyło na jawie i istniała wówczas tylko ta jedna milionowa wszechświata, w której wodne stworzenie otulało ją subtelnie. Była w końcu w swoistym czarze, nic innego nie miało znaczenia; każdy szkopuł momentalnie stał się niewiadomą istotności – gotowa była wytłoczyć ostatnie hausty tlenu z klatki piersiowej tylko po to, aby poczuć to mocniej; dotkliwiej. Uścisk syreniej dłoni zamykający się na jej nadgarstku uświadamiał o nieodwołalności chwili – jednak czy w tamtym momencie liczył się fakt, iż będzie wyściełać jezioro ciałem topielicy?
Zawsze ją przecież ratował. Nie miało znaczenia, w jak patowej sytuacji się znalazła – on zawsze był. Za każdym razem gotowy aby wyciągnąć w jej upadłą stronę dłoń; był zdecydowanie zbyt dobry, zbyt urokliwy dla jej parszywej osobowości. Dostrzegła to dopiero, gdy salwa kaszlu opuściła jej krtań wraz z mętną wodą jeziora, na której nenufary tworzyły rzęsiste ścieżki.
Zadrżała ostatni raz na ciele, nim osuszył jej ubranie ruchem różdżki. Podciągnęła kolana pod brodę, ognisko wzroku umieszczając w jego osobie; rozchyliła różane wargi, gotowa coś powiedzieć, jednak żaden dźwięk nie opuścił jej ust. Otrząsnąwszy się po chwili, spojrzenie skierowała na spokojną taflę jeziora, która jeszcze przed chwilą jawiła się gwałtownością.
– Nie mogę tego zagwarantować. Może zbyt lubię, jak mnie ratujesz? – zabrzmiała retoryką, parskając śmiechem w puencie pytania.
Przysunęła się do niego, zamykając odległość, która ich dzieliła. Chwilę tak trwała, opatulając rękami podwinięte kolana, wzrok zaklinając w mętnej wodzie jeziora – tak spokojnej w tym momencie, jak niespokojna była zaledwie parę chwil wcześniej.
– Przepraszam – wydusiła z siebie po chwili.
Westchnęła lekko, układając głowę na jego barku; nagły paroksyzm bliskości ogarnął jej ciało, które aż drgnęło niepokornie.
Trwała tak więc, martwa, bez wyrazu, ważąc każde słowo, a tych kłębiła się niebotyczna ilość na scenie umysłu. I nawet niebo, osnute puchem bielutkich chmur, słońce mrugające, roztaczając wokół siebie wstęgi promienne, błękit nieba niepoprzetykany skazami – nawet te drobnostki, które kreowały rzeczywistość nową i niezależną, ujmującą w demonicznym tańcu ich dwoje, wpatrzonych w siebie na wzór oniemiałych, tak, jakby właśnie rozwarła się przed nimi szczelina nieważkiej intymności; ta, która skąpała ich spojrzenia, utknięte w oczach; ta, która zatrzymała oddech w płucach i wreszcie – ta, która naruszyła bezpieczeństwo lekkiej przystani przyjaźni, kreując ich przecież na odmienne tory. Tak, jakby nie czuli tego od lat; tak, jakby te emocje zakwitły dopiero w tej jednej sekundzie, gdy jej włosy zwinięte były w mokre strąki, gdy drżała na całym ciele – tym, które pokryło się siateczką spadających gwiazd śmierci.
Czy wiedziałeś, że ogon spadającej gwiazdy czyni się na skutek spalania wodoru? One umierają; umierające gwiazdy śmierci.
Wzrok przeniosła raz jeszcze na szklistą taflę jeziora, teraz niezmąconą, zupełnie daleką od sugestii, jakoby koszmary ją zamieszkiwały. Otrząsnęła się gwałtownie, podwijając kolana pod brodę, zamykając spojrzenie w niebycie. Chciała jedynie zostać przez niego zabrana, zaniesiona gdzieś daleko ponad horyzont – całe życie uciekała dla tej jednej chwili; chwili, o której snuła mrzonki, nieświadoma nawet ich niebagatelnego istnienia. Zmarszczyła nos nieznacznie, zagryzając dolną wargę nieomal do krwi.
– Ty idioto – wyszeptała, a jej oczy zaczęły wzbierać mokrymi łzami.
Tylko na te słowa mogła się zdobyć; tylko te nieme treści zabarwiły przestrzeń, gdyż drgający podbródek, tak niepasujący do jej bytu, zmusił spojrzenie na ponowne umoszczenie się w przestrzeni, której nie żal było sercu. Myśli maści rozmaitej krążyły po umyśle, nie mogąc odnaleźć swojego akwenu, swojego miejsca przylegania, swojej niszy, w której mogłyby wygodnie spocząć. To wszystko było absurdalne, niepodobne, krzywdzące i okrutne.
Nie znała tych emocji. I prawdopodobnie nadal by ich nie znała, gdyby nie on.
Momentalnie zrodziła się w niej wściekłość na samą siebie; odkrywając rysy słabości na własnym profilu, dławiło ją coś niemożliwie. Nie mogła wywnioskować, skąd tak szalony sentyment do Theona; skąd troska w jego głosie i skąd przeklęta kula myśli gromadząca się w krtani – myśli niemożliwych do wyartykułowania i wygłoszenia brzmieniem w eter. Nie była gotowa na odsłonięcie się, ukazanie swej ludzkiej natury, innej, aniżeli sykliwej, zblazowanej, znudzonej życiem pracownicy prosektorium.
Złapała ten ułamek nieba, który chylił się ku nim; nikt nie wiedział, absolutnie nikt – taniec w deszczu można było przyrównać do tego bosko-nieboskiego stanu – krople osadzały się na policzkach, jeszcze niedawno dotykanych przez syrenie dłonie.
– Chodźmy – wydusiła z siebie raptem po chwili, podnosząc się z drewnianych desek wyściełających molo. Poczekała również na niego, nie będąc jednak w stanie spojrzeć mu w oczy. Uciekanie było jej domeną, od absolutnie wszystkiego – na prozie codzienności zaczynając i na emocjach kończąc.
Czuła, jakby wszystko uległo zniszczeniu; jakby bycie przy nim było niebywale trudne, a jedynie konieczne. Jakby przeżywała pierwsze, dziewczęce zauroczenie, lecz nie miało ono nic wspólnego z realną miłością. Po prostu dostrzegła, jaką rysą istotności się dla niej odznaczał. Wargi zszyły się milczeniem, nie pozwalając słowom umykać spomiędzy ich płatków.
Wróć do mnie, gdy zechcesz. Gdy nocne połacie staną się dla ciebie za ciężkie. Gdy słońce przypomni ci o moich piegach, a woda morska odnajdzie odbicie w moich oczach. Kochaj mnie tu i nie tylko tu.