Spojrzała na mężczyznę, jakby z konia spadł, unosząc wysoko brwi – tak wysoko, że nieomal poszybowały ku sufitowi; przyglądała mu się bacznie przez kilka dłużących się w spopielone sekundy chwil, usiłując rozwikłać zagadkę, czy ten na pewno jest trzeźwy i o zdrowym umyśle. Tak jak wcześniej jej wyraz twarzy wyrażał tęgie zdziwienie, tak teraz zmienił się w parszywe skupienie – nie wiedziała, czy parsknąć nieelegancko śmiechem, czy poddać w wątpliwość jego poczytalność.
– Masz naprawdę dziwną definicję komplementu. Czy jeśli powiem, że twój zdrowy rozsądek jest równie wartościowy, co dziwka za trzy ruble, też ukłonisz się z wdzięcznością? Jesteś dziwnym człowiekiem, Borgin – odparła, krzyżując ramiona na piersi.
Zamrugała kilkukrotnie – jakim cudem ten człowiek był tak absolutnie odporny na jej obraźliwą osobowość?; coś się tu nie zgadzało, była gotowa wydedukować, iż jego doklejenie się do jej osoby zawiera w sobie znamiona niewiadomego zakładu. Po ministerstwie wszak krążyły plotki, iż jej osobliwość jest nieprzebrnięta i niemożliwie cięta.
– Och, rozgryzłeś mnie – rzekła głosem ociekającym wręcz sarkazmem, parszywie miękkim i łagodnym – zupełnie nie jak całokształt jej osoby. – Ta ambrozja była tak wspaniała, że zapewne powinnam ci jeszcze teraz miłość wyznać. Ty naprawdę jesteś równo przetrącony – dodała.
– Nie wiem, czy to w moim obowiązku leży proponowanie tematów rozmowy, skoro to ja zostałam zaproszona na tę randkę – odparła, akcentując niebotycznie słowo „randka”.
Zamilkła na moment, zakładając za ucho kosmyk przydługiej grzywki, który opadł akwarelą na jej policzek, cieniem rzucając się na wysokie kości policzkowe.
– Ponoć mój uśmiech zamienia ludzi w kamień – rzekła, wzruszając ramionami. – Tak przynajmniej mawiają na salonach.