24.03.2023, 18:07 ✶
Colette zniknęła za drzwiami. Zaraz za nią z saloniku wyszła również Luna, choć ta z dużo mniejszą ochotą, wyraźnie posyłając groźne spojrzenie rudowłosej Flosie.
- Będę pilnować, żeby nie oszukiwała przy kartach! – zawołała za ciemnowłosą siostrą Mabel.
Osmel oblizał pysk. Nie miał zamiaru odpowiadać Mavelle na tę oczywistą, oczywistość. Rzeczywiście, był gadającym psem, ale każdy miał jakieś mniejsze lub większe wady. On przynajmniej nie roznosił wody po całym saloniku. I pewnie była w tym jakaś osobliwa ironia, ale ze wszystkich zebranych w tym pokoju, to jemu najmniej odpowiadała woda, którą nowoprzybyła naniosła.
Pan Binns posłał brygadzistce przepraszające spojrzenie. Dokładnie takie, które mógł skierować w jej stronę tylko ojciec, posiadacz czterech córek, nad którymi zupełnie nie panował.
- A może ty miałabyś ochotę zagrać ze mną w karty? – zapytała Mavelle Flosie. Siedziała z miną niewiniątka przy stoliku. Ale, jakby się dobrze przyjrzeć, to tak jakoś minimalnie zbliżyła się do kart, które należały do jej siostry.
- Nie graj z nią, ona strasznie oszukuje – ostrzegła Mabel.
- Wcale nie oszukuję!
Ogień przyjemnie ogrzewał ręce Mavelle. Osuszał wyziębione przez niesprzyjającą pogodę ręce i twarz. Za jej plecami siostry zaczęły właśnie walczyć o karty Luny. Flosie upierała się, że wcale nie chciała do nich zajrzeć. Mabel była przekonana, że złapała siostrę na gorącym uczynku. Pan Binns prosił obydwie cicho, by zachowywały się lepiej, bo przecież miały niespodziewanego gościa i powinny jak najlepiej zachowywać się w towarzystwie.
Osmel podniósł psi łeb na Bones. Wyglądał na odrobinę skonsternowanego.
- Skąd w ogóle pomysł, że zechciałbym ganiać za piłeczką? Albo za patykiem? – zapytał ją. – Nie jestem byle kundelkiem by oddawać się tak bardzo psim czynnościom. Dużo chętniej dałbym się podrapać po brzuchu i pomiziać za uchem.
Pogoda za oknem była taka, że właściwie i tak tylko te dwie czynności wchodziły w jakąkolwiek rachubę.
- Dobrze, nie musimy grać w karty – rzuciła głośniej Flosie. – Możemy zagrać w warcaby. Albo w chińczyka. Albo…
- Albo w prawdę czy wyzwanie! – wtrąciła z entuzjazmem Mabel.
Pan Binns westchnął, ale nie zdążył powiedzieć ani słowa, bo mniej więcej w tym samym momencie do saloniku wróciła Colette. W rękach niosła aż dwa miękkie ręczniki.
- Jak chciałabyś grać w prawdę czy wyzwanie z własnym ojcem i psem? – zapytała dość chłodnym tonem.
Zbliżyła się do Mavelle by podać jej przyniesione ręczniki. Była najsmuklejsza ze wszystkich sióstr. Bardzo wiotka i blada, z drobnymi zasinieniami pod oczami.
- Coś byśmy wymyślili – zamarudziła Mabel. – Przecież nie musimy rzucać żadnych okropnych wyzwań!
- Czy wyzwanie, byś posprzątała w swoim pokoju mieści się w twojej definicji okropnych wyzwań?
- Ej, to jest cios poniżej pasa!
Colette uśmiechnęła się kwaśno.
- Ale myślałam raczej o prawdzie. Chciałabyś, żeby papa dowiedział się, kto wczoraj stłukł ostatni słoik jego ulubionej konfitury malinowej?
- To byłem ja – wtrącił lojalnie Osmel, ale po minie najmłodszej córki pana Binnsa dało się poznać, że to jednak nie pies odpowiadał za tę małą zbrodnię.
Drzwi do saloniku znowu się otworzyły i wróciła Luna, niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi.
- Chciałam przynieść jeszcze konfiturę z malin, ale ktoś stłukł ostatni słoik – powiedziała.
Mabel jęknęła z oburzeniem, ale na pomoc przybył jej nieoczekiwanie ojciec.
- Taka gra to właściwie całkiem dobry pomysł – zauważył. – Niewiele pożytecznych rzeczy da się zrobić w taką pogodę. A wszystkie miałybyście rozrywkę. Ja, po prostu posiedzę w fotelu i poczytam książkę – zaproponował, w ten sposób usuwając swój kłopotliwy udział w całej zabawie.
- Więc jak? – zapytała z nadzieją Mabel, pytanie kierując prosto do Mavelle.
- Będę pilnować, żeby nie oszukiwała przy kartach! – zawołała za ciemnowłosą siostrą Mabel.
Osmel oblizał pysk. Nie miał zamiaru odpowiadać Mavelle na tę oczywistą, oczywistość. Rzeczywiście, był gadającym psem, ale każdy miał jakieś mniejsze lub większe wady. On przynajmniej nie roznosił wody po całym saloniku. I pewnie była w tym jakaś osobliwa ironia, ale ze wszystkich zebranych w tym pokoju, to jemu najmniej odpowiadała woda, którą nowoprzybyła naniosła.
Pan Binns posłał brygadzistce przepraszające spojrzenie. Dokładnie takie, które mógł skierować w jej stronę tylko ojciec, posiadacz czterech córek, nad którymi zupełnie nie panował.
- A może ty miałabyś ochotę zagrać ze mną w karty? – zapytała Mavelle Flosie. Siedziała z miną niewiniątka przy stoliku. Ale, jakby się dobrze przyjrzeć, to tak jakoś minimalnie zbliżyła się do kart, które należały do jej siostry.
- Nie graj z nią, ona strasznie oszukuje – ostrzegła Mabel.
- Wcale nie oszukuję!
Ogień przyjemnie ogrzewał ręce Mavelle. Osuszał wyziębione przez niesprzyjającą pogodę ręce i twarz. Za jej plecami siostry zaczęły właśnie walczyć o karty Luny. Flosie upierała się, że wcale nie chciała do nich zajrzeć. Mabel była przekonana, że złapała siostrę na gorącym uczynku. Pan Binns prosił obydwie cicho, by zachowywały się lepiej, bo przecież miały niespodziewanego gościa i powinny jak najlepiej zachowywać się w towarzystwie.
Osmel podniósł psi łeb na Bones. Wyglądał na odrobinę skonsternowanego.
- Skąd w ogóle pomysł, że zechciałbym ganiać za piłeczką? Albo za patykiem? – zapytał ją. – Nie jestem byle kundelkiem by oddawać się tak bardzo psim czynnościom. Dużo chętniej dałbym się podrapać po brzuchu i pomiziać za uchem.
Pogoda za oknem była taka, że właściwie i tak tylko te dwie czynności wchodziły w jakąkolwiek rachubę.
- Dobrze, nie musimy grać w karty – rzuciła głośniej Flosie. – Możemy zagrać w warcaby. Albo w chińczyka. Albo…
- Albo w prawdę czy wyzwanie! – wtrąciła z entuzjazmem Mabel.
Pan Binns westchnął, ale nie zdążył powiedzieć ani słowa, bo mniej więcej w tym samym momencie do saloniku wróciła Colette. W rękach niosła aż dwa miękkie ręczniki.
- Jak chciałabyś grać w prawdę czy wyzwanie z własnym ojcem i psem? – zapytała dość chłodnym tonem.
Zbliżyła się do Mavelle by podać jej przyniesione ręczniki. Była najsmuklejsza ze wszystkich sióstr. Bardzo wiotka i blada, z drobnymi zasinieniami pod oczami.
- Coś byśmy wymyślili – zamarudziła Mabel. – Przecież nie musimy rzucać żadnych okropnych wyzwań!
- Czy wyzwanie, byś posprzątała w swoim pokoju mieści się w twojej definicji okropnych wyzwań?
- Ej, to jest cios poniżej pasa!
Colette uśmiechnęła się kwaśno.
- Ale myślałam raczej o prawdzie. Chciałabyś, żeby papa dowiedział się, kto wczoraj stłukł ostatni słoik jego ulubionej konfitury malinowej?
- To byłem ja – wtrącił lojalnie Osmel, ale po minie najmłodszej córki pana Binnsa dało się poznać, że to jednak nie pies odpowiadał za tę małą zbrodnię.
Drzwi do saloniku znowu się otworzyły i wróciła Luna, niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi.
- Chciałam przynieść jeszcze konfiturę z malin, ale ktoś stłukł ostatni słoik – powiedziała.
Mabel jęknęła z oburzeniem, ale na pomoc przybył jej nieoczekiwanie ojciec.
- Taka gra to właściwie całkiem dobry pomysł – zauważył. – Niewiele pożytecznych rzeczy da się zrobić w taką pogodę. A wszystkie miałybyście rozrywkę. Ja, po prostu posiedzę w fotelu i poczytam książkę – zaproponował, w ten sposób usuwając swój kłopotliwy udział w całej zabawie.
- Więc jak? – zapytała z nadzieją Mabel, pytanie kierując prosto do Mavelle.