Ta noc postawiła przed nim konkretne oczekiwania. Miał chronić to miejsce i upewnić się, że ludzie bawiący się pośród straganów i majowych pali są bezpieczni. Przynajmniej dopóki wszystko nie pójdzie do diabła, a aurorzy i brygadziści nie będą w stanie zrobić dla postronnych nic poza wykrzykiwaniem instrukcji o natychmiastowej ewakuacji. Nie miał uczestniczyć w zabawach związanych z Beltane i jego tradycjami. A jednak jakimś cudem, zrobił dokładnie na odwrót. Co więcej, udało mu się nawet podtrzymać iluzję, że nadal wykonuje swoją pracę na rzecz Ministerstwa Magii.
To już nie ma nic w związku z pracą, pomyślał, gdy zorientował się, że nagle został sam na sam z Elliottem. Rozejrzał się na boki, przez moment sądząc, że Nora, Perseusz i Vespera tylko na moment zniknęli mu z pola widzenia, jednak szybko zrozumiał, że ci zajęli się już swoimi sprawami i raczej nieprędko wrócą do ich grona. O ile w ogóle. Jakby chcąc zadośćuczynić temu, że dał się oderwać od patrolu, powłóczył wzrokiem po mijających ich czarodziejach i czarownicach, jednak równie szybko stracił nimi zainteresowanie.
Żałował, że przez to, jak potoczyły się sprawy, nie mógł bawić się tu, jak reszta; najlepiej nieświadomy tego, co dopiero miało nadejść. Może wtedy mógłby rzeczywiście poświęcić się rozrywce i spędzaniu czasu z bliskimi, zamiast na bieżąco zwalczyć czarne myśli kłębiące mu się z tyłu głowy. Z zamyślenia wyrwał go dopiero komentarz blondyna odnoszący się do jego siostry. Przygryzł wargę, aby ukryć uśmiech, chociaż niezbyt mu się to udało. Pokręcił z rozbawieniem głową.
— Jestem prawie pewny, że kogoś zaszantażowała, żeby spróbować się tam wspiąć. Ma talent do takich rzeczy. — Zadarł podbródek, kierując swe spojrzenie ku udekorowanym palom. — Do wspinaczki, nie szantażu. Chociaż — przez jego twarz przetoczył się cień — do tego pewnie też byłaby zdolna. Nie martw się, raczej niezbyt szybko padniesz jej ofiarą.
Parsknął śmiechem, trącając Malfoya ramieniem. Dopiero wtedy złapał jego spojrzenie, a szeroki uśmiech wywołany wybuchem śmiechu, wcale nie zszedł mu z ust. Nie był pewny, co takiego dostrzegał w jego oczach. Spokój? Wątpił. To nie było najspokojniejsze miejsce na Ziemi. Zadowolenie? Możliwe, chociaż miał wrażenie, że bliżej było temu do... Komfortu? Tak, to chyba było to. I nawet jeśli tylko rzucał domysłami, ta myśl bardzo ucieszyła Longbottoma. Zasługiwał na to, aby w końcu skosztować trochę relaksu.
— Powinienem się uważać za szczęściarza, skoro nie musiałem uciekać się do tak radykalnych rozwiązań, nie sądzisz? — Uniósł ciemne brwi, poświęcając całą swoją uwagę Elliottowi. Zamarł na dźwięk słowa „niespodzianka”, jednak postanowił nie narzekać. Wolałby wiedzieć, co też dla niego przygotował, jednak wątpił, aby zdołał wybłagać szczerą odpowiedź. Cholerny element zaskoczenia. I jak tu stosować się do alastorowej zasady stałej czujności? — No dobrze. — Stanął prosto i splótł dłonie za plecami. — Powinienem się bać? Tylko nie rób mi krzywdy. Proszę. Mam jeszcze całą noc patrolowania przed sobą.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞