26.10.2022, 22:31 ✶
- Nie wiem. Podobno tak. Ale może rozumieją tylko, gdy rozmawiają z nimi Greengrassowie? Na pewno tylko im odpowiadają, bo ze mną gadać nie miały ochoty.
Brenna zatrzymała się przy jednym z drzew. Sama nie była pewna, czy to już część Kniei Godryka, czy jeszcze jakiś zupełnie zwyczajny dąb. Potrząsnęła głową, kiedy kropla deszczu spadła jej prosto na czoło. Całkiem niedawno padało, trawa i liście wciąż były więc jeszcze wilgotne, a powietrzu pachniało mokrą ziemią.
Była właściwie pewna, że żadne z tych drzew nie porozmawia z nikim poza Greengrassami. Spędzała całe godziny mówiąc do nich, mówiąc i mówiąc, i miała sto procent pewności, że gdyby te potrafiły mówić do każdego, to prędzej czy później któreś z nich przemówiłoby choćby po to, aby kazać się jej zamknąć.
- Mieszkają całkiem w pobliżu, może się uda - stwierdziła zaledwie po momencie wahania. Problem z Crawleyami był taki, że nikt nie powinien dowiedzieć się, gdzie mieszkają. Dom Longbottomów wprawdzie można było uznać za bezpieczne miejsce, ale dziadek Dory prawdopodobnie poznając lokalizację wnuczki, zacząłby krążyć w okolicy, tylko czekając, aby rzucić avadę.
W efekcie Brenna trochę się bała prowadzić ją do sąsiadów, przynajmniej póki ta nie ukończy Hogwartu. I najlepiej nie zmieni trochę wyglądu. Oraz nazwiska.
- Wlazłam na drzewo. Gałąź się złamała. Ja złamałam nogę - powiedziała, obracając się do Dory z uśmiechem na ustach. Oparła się przy tym o jedno z drzew, szczególnie duże, o grubym pniu, w którym znajdowała się całkiem spora jama. Brenna nie zwróciła jednak na nią uwagi. - Bardzo prozaiczne, wybitnie mało mugolskie i bardzo w moim stylu... Poza...
Nie zdążyła powiedzieć, co poza tym. Zdławiony okrzyk wyrwał się z jej ust, gdy nagle poleciała na ziemię, dłońmi odruchowo osłaniając twarz.
Coś - co wyglądało jak pnącze - oplotło niepostrzeżenie jej kostkę i pociągnęło tak, że Longbottom straciła równowagę.
Być może jako dziecko miała sporo szczęścia...
Brenna zatrzymała się przy jednym z drzew. Sama nie była pewna, czy to już część Kniei Godryka, czy jeszcze jakiś zupełnie zwyczajny dąb. Potrząsnęła głową, kiedy kropla deszczu spadła jej prosto na czoło. Całkiem niedawno padało, trawa i liście wciąż były więc jeszcze wilgotne, a powietrzu pachniało mokrą ziemią.
Była właściwie pewna, że żadne z tych drzew nie porozmawia z nikim poza Greengrassami. Spędzała całe godziny mówiąc do nich, mówiąc i mówiąc, i miała sto procent pewności, że gdyby te potrafiły mówić do każdego, to prędzej czy później któreś z nich przemówiłoby choćby po to, aby kazać się jej zamknąć.
- Mieszkają całkiem w pobliżu, może się uda - stwierdziła zaledwie po momencie wahania. Problem z Crawleyami był taki, że nikt nie powinien dowiedzieć się, gdzie mieszkają. Dom Longbottomów wprawdzie można było uznać za bezpieczne miejsce, ale dziadek Dory prawdopodobnie poznając lokalizację wnuczki, zacząłby krążyć w okolicy, tylko czekając, aby rzucić avadę.
W efekcie Brenna trochę się bała prowadzić ją do sąsiadów, przynajmniej póki ta nie ukończy Hogwartu. I najlepiej nie zmieni trochę wyglądu. Oraz nazwiska.
- Wlazłam na drzewo. Gałąź się złamała. Ja złamałam nogę - powiedziała, obracając się do Dory z uśmiechem na ustach. Oparła się przy tym o jedno z drzew, szczególnie duże, o grubym pniu, w którym znajdowała się całkiem spora jama. Brenna nie zwróciła jednak na nią uwagi. - Bardzo prozaiczne, wybitnie mało mugolskie i bardzo w moim stylu... Poza...
Nie zdążyła powiedzieć, co poza tym. Zdławiony okrzyk wyrwał się z jej ust, gdy nagle poleciała na ziemię, dłońmi odruchowo osłaniając twarz.
Coś - co wyglądało jak pnącze - oplotło niepostrzeżenie jej kostkę i pociągnęło tak, że Longbottom straciła równowagę.
Być może jako dziecko miała sporo szczęścia...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.