A więc przyniósł ich wiatr. Pomimo życia w świecie czarodziejów, ta sytuacja brzmiała jak z bajek. Martin spojrzał na ciemne pasma swoich włosów. Chociaż pierścień wydawał się być cały, magia została zatrzymana nawet w nim.
Przykro mu się zrobiło z powodu czarownicy, ale sam nie był w stanie pomóc z jakąkolwiek klątwą. Mackenzie zadała bardzo słuszne pytanie, więc Crouch milczał. Ale skoro czarownica pytała ich, przypadkowych ludzi, to może z jakiegoś powodu nie mogła zdecydować się na ten krok? Może chodziło o jakieś szemrane sprawy? Na pewno chodziło, skoro w grę wchodziły klątwy.
— Czy klątwa pani męża ma związek z negacją magii? — spytał, uprzednio wstając. Otrzepał się z igliwia.
Blondwłosa czarownica zdawała się zbierać z tego miejsca. On bardzo chętnie by się przyłączył, ale nie potrafił zdobyć się na nieuprzejmość i po prostu zostawić potrzebującą ot tak. Szczególnie gdzieś na środku lasu. Co ona tutaj właściwie robiła? Mieszkała w pobliżu? Udała się na spacer do lasu po Beltane? Ale czemu tańczyła? Czy to za jej sprawką wywiało go tutaj?
Martin cofnął się lekko i splótł ręce na piersi. Sytuacja wydawała się bardzo podejrzana. Przyjrzał się uważnie kobiecie, a następnie przeniósł wzrok na Mackenzie. Nawet jeśli ta druga również wydawała się być w podobnej sytuacji, co on, zamierzał być bardzo ostrożny. Porwanie jak najbardziej wchodziło w grę. Martin sam w sobie nie był cennym nabytkiem. Najsłabsze ogniwo z rodziny, ale bogatej i wpływowej rodziny. W dodatku potrafił podrabiać dokumenty i wszelkie pisma urzędowe. Zachciało mu się wychodzić z domu...