Zakamarki umysłu zalśniły wydatnie, sprowadzając uśmiech na nieprzejednane wargi – ten odrobinę zbyt filuterny i flirciarski; zbyt pogodny i zbyt nieprzystający do jakiejkolwiek sytuacji; wyglądała przecież jak patron powracającego słońca, wyginający wargi w urokliwe grymasy, bardziej jak skalana świeżością rusałka, aniżeli chłodna lichwiarka. I właśnie ten uśmiech, niebanalny i całym sobą szepczący do kogo należy, zawarł w sobie cały mikrokosmos pamięci. Pamiętała Vesperę ze szkoły – tę jedną milionową rzeczywistości, w której się zawierała; jej obecność na wystawie sprowadziła umysł na miłe manowce, wzdychając do ucha, bo chociaż posiadała znamiona celebrytki, każdorazowo pojawienie się na wernisażu kogoś znajomego, rozlewało się lepkim sokiem po sercu.
Dlatego właśnie kąciki ust poszybowały ku górze, układając się w miły dla oka uśmiech. Spojrzała na Vesperę raz jeszcze, upewniając się, iż to ona, a nie fatamorgana.
– Ja z kolei, lubię działać moimi obrazami na sferę emocjonalną odbiorców – odparła miękko.
Po chwili wsunęła dłoń pod ramię kobiety i razem z nią zaczęła się przechadzać po sali wystawowej, zatrzymując się przy najbliższych jej sercu dziełach.
– Myślę, że to fatum nam ku sobie skłoniło – rzekła między westchnięciami, oprowadzając kobietę po zionącej ogromem sali, wykładanej białymi panelami, o równie jasnych ścianach – wszystko po to, aby wzrok spoczywał wyłącznie na obrazach.
Omawiała co rusz istotniejsze obrazy, szepcząc o meandrach myśli, które jej towarzyszyły przy tworzeniu oraz o emocjach, które mają bezpardonowo wzbudzać. I gdy uczyniły pełen okrąg po świetlistym, jasnym pomieszczeniu, wysunęła dłoń spod jej ramienia.
– Wszystko i nic – wzruszyła ramionami. – Ostatnio głośniej jest o Louvainie, aniżeli o mnie. Sporo maluję, ale to żadna nowość; powiedz lepiej, co u ciebie. Dalej jesteś mężatką? – zabrzmiała pytaniem.