25.03.2023, 17:21 ✶
Z tym miasteczkiem jest coś nie tak, uznała Brenna, opuszczając wreszcie podwórko pary czarodziejów, których ona i dwóch innych Brygadzistów przesłuchiwało w związku z atakiem na mugolskich sąsiadów. Brenna mogła wiele pojąć. Także to, że czarodziejom i mugolom ciężko było się dogadać. (Tylko po co w takim układzie mieszkać z mugolami płot w płot?!)
Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego miotałeś w kogoś zaklęcie z powodu źle przyciętego żywopłotu. Brenna miała wrażenie, że takie wezwania wyjątkowo często dostają właśnie w okolice Little Hangleton. Może coś tkwiło w tutejszym powietrzu?
Czarodziej ostatecznie został zabrany przez pozostałych Brygadzistów do Ministerstwa Magii, gdzie czekała go kolejna, długa rozmowa, grzywna i, z dużym prawdopodobieństwem, proces oraz przynajmniej kilka dni w Azkabanie. Brenna tymczasem chciała jeszcze rozejrzeć się po okolicy czy na pewno ucierpiał wyłącznie jeden żywopłot i czy przypadkiem ktoś z mugolskich mieszkańców czegoś więcej nie zobaczył.
Gdy skończyła sprawdzać ogród mugoli oraz upewniła się, że nikt poza nim nie miał szans zobaczyć zbyt wiele, skierowała się na obrzeża wioski, mając zamiar się stamtąd aportować. Mundur Bumowca był przysłonięty długim, mugolskim płaszczem, założonym specjalnie na okazję odwiedzin w Little Hangleton. Brenna wsunęła dłonie w kieszenie: wiosna tego roku była chłodna, o zmierzchu temperatura zaczynała się dawać we znaki, a znad pobliskiej rzeki wionęło wilgocią. Wodziła spojrzeniem po ciemniejącym szybko niebie. To był cholernie długi. Mimo całej swojej energiczności, czuła się już zmęczona. Starała jednak cieszyć się tą spokojną przechadzką, o zmroku, gdy w tle szemrała woda…
A wtedy jej uszu dobiegł trzask. Głośny, z gatunku tych złowróżbnych. Brenna obróciła się gwałtownie, w pierwszym odruchu sięgając po różdżkę, niemal pewna, że żona aresztowanego czarodzieja przyszła się mścić. Ale nie, nie tym razem: na pobliskim, starym mostku, ktoś stał… w sposób raczej nienaturalny, sugerujący, że coś jest nie tak. Longbottom schowała różdżkę (nie była w końcu pewna, czy ma do czynienia z czarodziejem i mugolem), i biegiem ruszyła w tamtym kierunku.
- Effie? – wyrwało się jej, kiedy rozpoznała charakterystyczną burzę blond loków. Chociaż nie powinna być jakoś zaskoczona, w okolicy w końcu mieszkało i bywało wielu czarodziejów… W pierwszej chwili chciała wpaść na mostek ku pannie Trelawney, ale wyhamowała gwałtownie, uświadamiając sobie, że skoro ten nie wytrzymał wagi delikatnej Trelawneyówny, tym bardziej nie wytrzyma ich obu. Zwłaszcza, że Brenna była wysoka. – Spokojnie, ptaszyno, wszystko będzie dobrze, spróbuj usiąść. Dasz radę ostrożnie wyciągnąć tę nogę? – spytała, szacując przy okazji potencjalną głębokość rzeki. Przykucnęła i nacisnęła na deski, sprawdzając, czy zdoła dotrzeć do dziewczyny, nie zwalając całej konstrukcji.
Nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego miotałeś w kogoś zaklęcie z powodu źle przyciętego żywopłotu. Brenna miała wrażenie, że takie wezwania wyjątkowo często dostają właśnie w okolice Little Hangleton. Może coś tkwiło w tutejszym powietrzu?
Czarodziej ostatecznie został zabrany przez pozostałych Brygadzistów do Ministerstwa Magii, gdzie czekała go kolejna, długa rozmowa, grzywna i, z dużym prawdopodobieństwem, proces oraz przynajmniej kilka dni w Azkabanie. Brenna tymczasem chciała jeszcze rozejrzeć się po okolicy czy na pewno ucierpiał wyłącznie jeden żywopłot i czy przypadkiem ktoś z mugolskich mieszkańców czegoś więcej nie zobaczył.
Gdy skończyła sprawdzać ogród mugoli oraz upewniła się, że nikt poza nim nie miał szans zobaczyć zbyt wiele, skierowała się na obrzeża wioski, mając zamiar się stamtąd aportować. Mundur Bumowca był przysłonięty długim, mugolskim płaszczem, założonym specjalnie na okazję odwiedzin w Little Hangleton. Brenna wsunęła dłonie w kieszenie: wiosna tego roku była chłodna, o zmierzchu temperatura zaczynała się dawać we znaki, a znad pobliskiej rzeki wionęło wilgocią. Wodziła spojrzeniem po ciemniejącym szybko niebie. To był cholernie długi. Mimo całej swojej energiczności, czuła się już zmęczona. Starała jednak cieszyć się tą spokojną przechadzką, o zmroku, gdy w tle szemrała woda…
A wtedy jej uszu dobiegł trzask. Głośny, z gatunku tych złowróżbnych. Brenna obróciła się gwałtownie, w pierwszym odruchu sięgając po różdżkę, niemal pewna, że żona aresztowanego czarodzieja przyszła się mścić. Ale nie, nie tym razem: na pobliskim, starym mostku, ktoś stał… w sposób raczej nienaturalny, sugerujący, że coś jest nie tak. Longbottom schowała różdżkę (nie była w końcu pewna, czy ma do czynienia z czarodziejem i mugolem), i biegiem ruszyła w tamtym kierunku.
- Effie? – wyrwało się jej, kiedy rozpoznała charakterystyczną burzę blond loków. Chociaż nie powinna być jakoś zaskoczona, w okolicy w końcu mieszkało i bywało wielu czarodziejów… W pierwszej chwili chciała wpaść na mostek ku pannie Trelawney, ale wyhamowała gwałtownie, uświadamiając sobie, że skoro ten nie wytrzymał wagi delikatnej Trelawneyówny, tym bardziej nie wytrzyma ich obu. Zwłaszcza, że Brenna była wysoka. – Spokojnie, ptaszyno, wszystko będzie dobrze, spróbuj usiąść. Dasz radę ostrożnie wyciągnąć tę nogę? – spytała, szacując przy okazji potencjalną głębokość rzeki. Przykucnęła i nacisnęła na deski, sprawdzając, czy zdoła dotrzeć do dziewczyny, nie zwalając całej konstrukcji.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.