Jej łzy, wydatne i szczere, torowały sobie drogę policzkami, szkłem znacząc błękitne, wielkie oczy oraz poprzez pociągnięcia nosem dając znać o czystej panice, która ogarnęła Effie. Próbowała się poruszyć raz jeszcze, jednak każde drgnięcie sprowadzało się do tego, iż drzazgi mocniej wbijały się w nogę, a i ta pozostawała w potrzasku coraz mocniej zaklinowana. Pociągnęła nosem po raz kolejny, wybuchając salwą płaczu – wystraszyła się niebagatelnie i nawet krzepiące słowa Brenny nie odnosiły zamierzonego skutku – płakała żałośnie i niejako głośno; jakby coś w niej drżało niepokornie, próbując się uwolnić z klatki żeber.
– Nie zostawiaj mnie, proszę – wychlipała, gdy Brenna znikła z zasięgu jej wzroku, udając się pod nisko osadzony most.
Płakała jak dziecko; zamiast szukać rozwiązania, dała ponieść się histerii, gwałtownymi ruchami nogi klinując się jeszcze mocniej. Oddech przyspieszył niespokojnie, a całe jej ciało zadrżało ponownie od salwy płaczu.
Gdy poczuła, iż deska została złamana i umożliwia uwolnienie się z pułapki, ostatni raz pociągnęła nosem, delikatnie wyjmując nogę z dziury. Nie wyglądała najlepiej – była w niektórych miejscach poraniona, posoka spływała z ran, które choć niewielkie, zdawały się być głębokie. Na szczęście żadna z kości nie pozostała naruszona, a same szramy i zadrapania były realne do wyleczenia w domowym zaciszu.
Westchnęła ciężko, próbując się podnieść, aby po chwili pokuśtykać ku krańcu mostu, oczekując na Brennę.
– Dziękuję – rzekła głosem jeszcze naznaczonym znamionami płaczu. – Tak bardzo ci dziękuję – westchnęła, chwytając ją za dłoń.
Opierając się lekko na jej ramieniu, podążyła z nią nad wyścielony kamieniami brzeg płytkiej rzeki. Usiadła na jednym z nich, sugerując to samo kobiecie.
– Co robisz o tej porze na obrzeżach? – zabrzmiała pytaniem. – Muszę wiedzieć, komu dziękować za ocalenie mi życia poza tobą – rzuciła miękkim żartem, jednak widocznym było, iż wciąż jest roztrzęsiona.