26.03.2023, 00:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2023, 18:01 przez Ulysses Rookwood.)
Ulysses skupił wzrok na znajdującej się na jego talerzu musace. To nie tak, że jakoś szczególnie przepadał za tym daniem. Po prostu, w naturalny sposób kojarzyło mu się z kuchnią grecką, wiedział czym było i zdążył poznać jego smak. W jego przypadku było to aż nadto powodów, by zamiast spróbować czegoś nowego, wybrać to po raz kolejny.
Podniósł widelec. Zagłębił go w miękkim nadzieniu. Tarty ser z góry nie okazał się tak chrupki jak mógłby być, ale oznaczało to, że otrzymane przez niego danie było ciepłe. Ostrożnie nabrał trochę musaki na widelec. Obserwował ściekający sos, odruchowo wyobrażając sobie jak jego krople mogłyby przypadkiem spaść mu na koszulę. Potem przez całą drogę do domu, irytowałby się na samą myśl o czerwonym, zaschniętym sosie na kołnierzyku. Trzeba było jednak zamówić suwlaki lub briam. Przynajmniej nie miałby problemu z sosem.
- Słyszałem plotki, że uprawiała hazard – powiedział wreszcie, znowu skupiając się na rozmowie. Odruchowo założył, że Theon też o nich słyszał, ale teraz nie był już tego wcale taki pewien. Z jednej strony, choć brzmiały wiarygodnie, nie musiały być naturalnie prawdziwe. Z drugiej, choć hazard był spotykanym wśród czarodziei czystej krwi uzależnieniem, był również dość wstydliwy. Yaxley nie musiał chcieć przyznawać się do tego, że jego narzeczona (była narzeczona) również miała do niego skłonność.
Ulysses by się pewnie nie przyznał. Albo przyznał sam przed sobą, a potem siedział cicho, w milczeniu trawiąc podobne informacje. A gdyby mu ktoś powiedział, po prostu marszczyłby głupio brwi, zastanawiając się jak powinien skomentować zasłyszane informacje. Ale całość zajęłaby mu zbyt wiele czasu, by ktoś czekał na jakąś ciętą puentę, która mogłaby opuścić jego usta.
Ostrożnie nabrał na widelec kolejny kawałek musaki. Była dobra. Niezła przynajmniej, choć ciągle zamiast delektować się jej smakiem, przede wszystkim, starał się nie pobrudzić. Trawił w uszach kolejne słowa Theona. Sam raczej nie wierzyłby rodzinie, choćby przez to, że była rodziną.
- Hazardziści zawsze pozostawiają za sobą ślady. Wystarczy poczekać i popatrzeć – powiedział. Oczywiście dużo zależało od tego, ile Leroux wiedziała i jak newralgiczne mogła posiadać informacje. Biorąc pod uwagę, że uciekała, zamiast kierować się do Ministerstwa Magii, albo pozostawała – przynajmniej szczątkowo lojalna – albo, co było bardziej prawdopodobne, nie miała żadnych informacji, które mogłaby przehandlować za ochronę osobistą. W oczach młodego Rookwooda żadna z tych opcji nie sprawiała, by śmierciożercy musieli się nią mocniej przejmować. Oczywiście były to tylko rozważania czysto teoretyczne. Prywatnie Ulysses w ogóle nie zastanawiał się nad losem Anne, pozostawiając go i mądrzejszym, i bardziej decyzyjnym od siebie. - Chciałbyś, żeby ją znaleźli? – zapytał cicho.
Wiedział, że znowu nie był właściwą osobą do rozmowy o takich sprawach. Tu potrzeba było prawdziwego przyjaciela. Kogoś, komu Theon mógłby zaufać naprawdę, kto doskonale orientowałby się w zawiłościach jego relacji z Leroux. Ulysses wiedział, że nie był taką osobą. Nawet nie dlatego, że nie wysłuchałby Yaxleya uważnie lub nie spróbowałby mu pomóc; nie był, bo nie byli tak blisko. Ale czasami dobrze było powiedzieć, co się myślało komuś z boku, komuś tak mało komunikatywnemu jak Rookwood, kto nawet jeśli oceniał, oceniłby najwyżej w swojej głowie.
- Jak stek? Warto było tu przyjść? - zapytał, zadając pewnie dwa najmniej interesujące pytania na świecie.
EDIT:
Rozmowa się nie kleiła i Ulysses nawet nie dziwił się Theonowi. Zdawał sobie sprawę z tego jak słabym i mało komunikatywnym był rozmówcą. Od biedy zdawał się również rozmówcą średnio zainteresowanym, chociaż tak naprawdę starał się wsłuchiwać w wypowiadane przez drugą osobę słowa, dopytywać i odpowiadać w taki sposób by rozmowa nie urywała się nagle. Po prostu brakowało mu refleksu na cięte riposty. I tak się to mniej więcej toczyło: jeden mówił, drugi odpowiadał i próbował dopytywać. Ciężko bo ciężko, ale w jakimś leniwym, całkiem znośnym tempie.
Zamówiona musaka okazała się smaczna, nawet jeśli z każdym kolejnym kęsem młody Rookwood coraz bardziej żałował, że wziął akurat ją a nie coś mniej mokrego i cieknącego. Sama zaś restauracja… tu nie mógł się specjalnie wypowiedzieć, był tu po raz pierwszy i próbował – przynajmniej w teorii – nie rozglądać się specjalnie i nie zapamiętywać wszystkiego, co tylko nawinęło mu się przed oczami. Ale ogólne wrażenia, może przez tę celową nieuważność a może wcale nie, miał całkiem dobre.
Gdy nadszedł czas płacenia i okazało się, że Yaxley zapomniał portfela, Ulysses tylko pokręcił głową, jakby nie widział w tym niczego złego i Theon zapłaci za niego następnym razem (albo odda mu za siebie w pracy, albo tym razem po prostu umówią się i Rookwood postawi mu obiad). Takie rzeczy się czasem zdarzały a chociaż Ulysses był spięty i wyglądał na służbistę, potrafił je zrozumieć. Wyciągnął tylko portfel i samemu uregulował rachunek, przy okazji zostawiając przepisowe dziesięć procent kelnerowi.
Następnie obydwaj wyszli z restauracji i rozeszli w swoje strony.
Podniósł widelec. Zagłębił go w miękkim nadzieniu. Tarty ser z góry nie okazał się tak chrupki jak mógłby być, ale oznaczało to, że otrzymane przez niego danie było ciepłe. Ostrożnie nabrał trochę musaki na widelec. Obserwował ściekający sos, odruchowo wyobrażając sobie jak jego krople mogłyby przypadkiem spaść mu na koszulę. Potem przez całą drogę do domu, irytowałby się na samą myśl o czerwonym, zaschniętym sosie na kołnierzyku. Trzeba było jednak zamówić suwlaki lub briam. Przynajmniej nie miałby problemu z sosem.
- Słyszałem plotki, że uprawiała hazard – powiedział wreszcie, znowu skupiając się na rozmowie. Odruchowo założył, że Theon też o nich słyszał, ale teraz nie był już tego wcale taki pewien. Z jednej strony, choć brzmiały wiarygodnie, nie musiały być naturalnie prawdziwe. Z drugiej, choć hazard był spotykanym wśród czarodziei czystej krwi uzależnieniem, był również dość wstydliwy. Yaxley nie musiał chcieć przyznawać się do tego, że jego narzeczona (była narzeczona) również miała do niego skłonność.
Ulysses by się pewnie nie przyznał. Albo przyznał sam przed sobą, a potem siedział cicho, w milczeniu trawiąc podobne informacje. A gdyby mu ktoś powiedział, po prostu marszczyłby głupio brwi, zastanawiając się jak powinien skomentować zasłyszane informacje. Ale całość zajęłaby mu zbyt wiele czasu, by ktoś czekał na jakąś ciętą puentę, która mogłaby opuścić jego usta.
Ostrożnie nabrał na widelec kolejny kawałek musaki. Była dobra. Niezła przynajmniej, choć ciągle zamiast delektować się jej smakiem, przede wszystkim, starał się nie pobrudzić. Trawił w uszach kolejne słowa Theona. Sam raczej nie wierzyłby rodzinie, choćby przez to, że była rodziną.
- Hazardziści zawsze pozostawiają za sobą ślady. Wystarczy poczekać i popatrzeć – powiedział. Oczywiście dużo zależało od tego, ile Leroux wiedziała i jak newralgiczne mogła posiadać informacje. Biorąc pod uwagę, że uciekała, zamiast kierować się do Ministerstwa Magii, albo pozostawała – przynajmniej szczątkowo lojalna – albo, co było bardziej prawdopodobne, nie miała żadnych informacji, które mogłaby przehandlować za ochronę osobistą. W oczach młodego Rookwooda żadna z tych opcji nie sprawiała, by śmierciożercy musieli się nią mocniej przejmować. Oczywiście były to tylko rozważania czysto teoretyczne. Prywatnie Ulysses w ogóle nie zastanawiał się nad losem Anne, pozostawiając go i mądrzejszym, i bardziej decyzyjnym od siebie. - Chciałbyś, żeby ją znaleźli? – zapytał cicho.
Wiedział, że znowu nie był właściwą osobą do rozmowy o takich sprawach. Tu potrzeba było prawdziwego przyjaciela. Kogoś, komu Theon mógłby zaufać naprawdę, kto doskonale orientowałby się w zawiłościach jego relacji z Leroux. Ulysses wiedział, że nie był taką osobą. Nawet nie dlatego, że nie wysłuchałby Yaxleya uważnie lub nie spróbowałby mu pomóc; nie był, bo nie byli tak blisko. Ale czasami dobrze było powiedzieć, co się myślało komuś z boku, komuś tak mało komunikatywnemu jak Rookwood, kto nawet jeśli oceniał, oceniłby najwyżej w swojej głowie.
- Jak stek? Warto było tu przyjść? - zapytał, zadając pewnie dwa najmniej interesujące pytania na świecie.
EDIT:
Rozmowa się nie kleiła i Ulysses nawet nie dziwił się Theonowi. Zdawał sobie sprawę z tego jak słabym i mało komunikatywnym był rozmówcą. Od biedy zdawał się również rozmówcą średnio zainteresowanym, chociaż tak naprawdę starał się wsłuchiwać w wypowiadane przez drugą osobę słowa, dopytywać i odpowiadać w taki sposób by rozmowa nie urywała się nagle. Po prostu brakowało mu refleksu na cięte riposty. I tak się to mniej więcej toczyło: jeden mówił, drugi odpowiadał i próbował dopytywać. Ciężko bo ciężko, ale w jakimś leniwym, całkiem znośnym tempie.
Zamówiona musaka okazała się smaczna, nawet jeśli z każdym kolejnym kęsem młody Rookwood coraz bardziej żałował, że wziął akurat ją a nie coś mniej mokrego i cieknącego. Sama zaś restauracja… tu nie mógł się specjalnie wypowiedzieć, był tu po raz pierwszy i próbował – przynajmniej w teorii – nie rozglądać się specjalnie i nie zapamiętywać wszystkiego, co tylko nawinęło mu się przed oczami. Ale ogólne wrażenia, może przez tę celową nieuważność a może wcale nie, miał całkiem dobre.
Gdy nadszedł czas płacenia i okazało się, że Yaxley zapomniał portfela, Ulysses tylko pokręcił głową, jakby nie widział w tym niczego złego i Theon zapłaci za niego następnym razem (albo odda mu za siebie w pracy, albo tym razem po prostu umówią się i Rookwood postawi mu obiad). Takie rzeczy się czasem zdarzały a chociaż Ulysses był spięty i wyglądał na służbistę, potrafił je zrozumieć. Wyciągnął tylko portfel i samemu uregulował rachunek, przy okazji zostawiając przepisowe dziesięć procent kelnerowi.
Następnie obydwaj wyszli z restauracji i rozeszli w swoje strony.
Koniec sesji