Momentalnie zrobiło jej się niedobrze; w jednej chwili poczuła jak jej żołądek się kurczy, płuca więżą w bezdechu ostatnie tchnienie, a na proscenium myśli rozgrywają się sceny dantejskie – pełne niewiadomego wzburzenia i nagłej salwy agresji, która wstrząsnęła solidnie jej ciałem. Chciała krzyczeć, chciała płakać i chciała przede wszystkim wrócić na polanę. Moody zajął jej całe myśli; nie potrafiła sobie wyobrazić straty także jego – na wzór rodziców martwych od paru spopielonych lat. Sama wizja pozostania samej, bez niego, sprawiała, iż oczy zachodziły szklistą mgłą, wypełniając się łzami. Gdy tylko zostały zamknięte w obszernym pokoju, z którego wyjścia nijak nie mogły upatrywać, wzburzenie wylało się z niej gładko.
Serce zadrżało niepokornie w klatce żeber, zupełnie jak ptak w szczerozłotej klatce, który zechciałby się uwolnić z brutalnych oków. Pociągnęła nosem żałośnie, marszcząc brwi w niemym geście niezrozumienia. Patrzyła na Sarę, na jej złość urastającą do rangi furii – zupełnie jak jej. Złość rozlała się na jej obliczu pąsem, który pokrył nieomal całe znaczone siateczką piegów policzki.
Podeszła mimo wszystko do drzwi, jednak chwilowa szarpanina z klamką uświadomiła ją, iż tą drogą nigdy nie wyjdą z krytycznej sytuacji. Zamiast dalej zmagać się z zaklinowanym zaklęciem przejściem, chwyciła kuzynkę za dłoń i uścisnęła ją miękko.
– Saro, Saro – zachlipała. – Chcę wierzyć, że gwiazdy mają ich w swojej opiece, ale w umyśle nagle mam nieprzytomnie. Musimy w jakichś sposób stąd wyjść, musimy ich ratować, musimy… – rzekła łamiącym się, drżącym głosem.
Głos drżący, kłębił się gdzieś w krtani, pozwalając na artykułowanie jedynie sylab; ona zaś, ponownie podniosła się z siedziska i poczęła krążyć po pokoju, przygryzając paznokieć. Coś w niej zamarło, gdy spoglądała na zmierzch roztaczający aurę za oknem; gdy pierwsze gwiazdy zabłysły na niebie, a ona wciąż znajdowała się tutaj – daleko od swoich bliskich, daleko od swojej rodziny. Pociągnęła nosem raz jeszcze, a jej ciało przeszedł dreszcz.
Otworzyła szeroko oczy na propozycję Sary, aby po chwili pstryknąć palcami.
– Tak! Tak, tak – wyrzuciła z siebie. – Rozbijmy okno – dodała, rozglądając się po przestrzeni za czymś należycie twardym, co pozwoliłoby szybie opaść ze swoich ryz.
Chwyciła niewielkie, kamienne popiersie znajdujące się na stoliku i unosząc je, spojrzała pytającym wzrokiem na kuzynkę.