Złowroga sylwetka kobiety w łachmanach okazała się mieć słuszność w swoim mrożącym krew osądzie; ciężko nazwać Effie kobietą, która w podobne przepowiednie by nie wierzyła – nie dość, że łatwowierna, to w dodatku sama zajmowała się szeroko zakrojonym wróżbiarstwem – prawdopodobnie dlatego słowa tejże osiadły na umyśle całunem, skłaniając do przemyśleń mnogich i absurdalnych. Zadrżała na całym ciele, czując, iż złowroga wróżba mogła powieźć jej losy dalej; że mogła skończyć zgoła inaczej, o wiele gorzej. Tymczasem manifestem stała się rozległa rana na nodze, po której spływały niecierpliwe kropelki posoki, opadając miękko na trawę, na której znalazła się z Brenną.
Skrzywiła się nieprzyjemnie, gdy ta nachyliła się nad szramą; zdawała sobie sprawę, jak beznadziejnie wyglądało skaleczenie – nie dość, iż zaznaczyło mleczną skórę krwią, to jeszcze dotkliwie wbijały się weń drzazgi. Pociągnęła nosem po raz ostatni, przecierając oczy rękawem swetra.
Odrzuciła głowę do tyłu, zamykając w bystrym spojrzeniu podszycie ziemskie, które zaczynało barwić się nieprzejednanym granatem, aby lada moment rozlać się czernią kawy. Gwiazdy zaczynały swe migotliwe bytowanie, a blady księżyc coraz chyżej wybijał się na tle nieboskłonu. Momentalnie zapomniała o bólu uchodzącym ze zranionej nogi; momentalnie wszystko przestało być istotne poza niebem.
Prędko jednak zreflektowała się, kierując spojrzenie na zmartwioną Brennę. Zamrugała kilkukrotnie, początkowo niedosłysząc jej pytania – była zbyt rozproszona i wielokroć za bardzo nieskupiona, aby w pełni zarejestrować jej słowa.
– Nie potrafię – wydusiła z siebie po chwili.
– Alastor powinien być w domu – dodała, a kącik jej ust nawet zadrżał.
Siedząc tak, machinalnie złapała Brennę za dłoń, zamykając ją w ciepłym uścisku. Trwała tak przez dłużące się momenty, aby po chwili skierować spojrzenie błękitnych tęczówek w jej oblicze.
– Dziękuję – rzekła, wypuszczając ją z oków własnego dotyku.