26.03.2023, 20:25 ✶
Patrick parsknął, uśmiechając się pod nosem. Obserwował jak Brenna zbierała się do wyjścia. Nie przeszkadzało mu, że dużo mówiła, choć czasem słowotok Longbottom przypominał mu zasłonę dymną, za którą próbowała się ukryć.
- Tak myślałem, że to może cię zainteresować – skomentował wreszcie, mniej więcej w tym momencie, gdy Brenna nabrała powietrza by mówić o Jęczącej Marcie. Tu poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Powinien się do niej odezwać, po prostu z wiekiem było mu coraz trudniej. – Zrujnowała ślub brata swojej szkolnej koleżanki? – zapytał powoli. – Nie przyznała mi się do tego – rzucił, gdy wychodzili z biura.
*
Cmentarz w Little Hangleton był niewielki, zarośnięty i bardzo zaniedbany. Steward otworzył furtkę. Puścił przodem Brennę a następnie ruszył za nią. Rozglądał się z uwagą, szukając kogoś, kto wyjaśniłby im, gdzie mają podążać. Ale nie musieli długo czekać, aż dostrzeli półprzezroczystą sylwetkę.
Sylwetka należała do mężczyzny. Dość niskiego i drobnego. Mniej więcej czterdziestoletniego, choć mógł być młodszy, tylko przedwcześnie postarzały. Na jego półprzeroczystej głowie widać było oznaki postępującego łysienia. Nosił też monokl, który mu od czasu do czasu spadał z twarzy. A całe jego ubranie wyglądało na takie, które było modne jeszcze trzydzieści, może czterdzieści lat temu.
- O to chyba i nasz wzywający – zauważył Steward.
Posłał Brennie kontrolne spojrzenie, jakby zainteresowany tym, jakie wrażenie wywarł na niej duch. Ale chwilę później duch sam ich dostrzegł. Ruszył ku nim, przepływając przez kilka nagrobków.
- O, władza! – zawołał głośno. – Wreszcie się was doczekałem! Na imię mam Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Jestem trzecim synem, ale ślubnym, Williama Marselisa de Berkeleya, pierwszy czarodziej w rodzinie od strony ojca, piętnasty od strony matki – przedstawił się.
- Patrick Harlan Steward. Jedyne dziecko swoich rodziców, ale ślubne – odpowiedział nieco skołowany Steward. Nie miał pojęcia, ilu magicznych przodków miał w swoim rodzie.
Ogólnie był nawykły do istnienia duchów, ale ten był jakiś taki… jakiś taki mocno dominujący. Nawet jeśli przy tym wydawał się nieszkodliwy.
- Ha! Dowcipniś! – rzucił Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. – Ale uznam, że nie działałeś w złej woli – dodał łaskawie, a potem zaczął kontynuować. – Ostatnio spotkała mnie straszna niegodziwość. Na cmentarz przybył prawdziwy brutal! Mężczyzna kompletnie pozbawiony zasad i honoru! Pokażę wam.
Patrick pomyślał, że duch miał pewną skłonność do przesadyzmu. Westchnął, ale ruszył za nim, choć w odróżnieniu od Berkeleya, musiał iść po ścieżce i omijać nagrobki.
- Trochę jest melodramatyczny – wyszeptał do Brenny, ale na tyle cicho, by Wolfgang ich nie usłyszał. – Myślisz, że ktoś zniszczył mu płytę nagrobną?
Taka była mniej więcej pierwsza myśl, która nawiedziła umysł Patricka, gdy usłyszał o „strasznej niegodziwości” i „prawdziwym brutalu”. Być może zjawa padła ofiarą jakiegoś nekromanty, który próbował ukraść mu kości?
Wolfgang zatrzymał się przy starym, na wpół zniszczonym grobie. Ten wyglądał tak, jakby od dawna nikt go nie odwiedzał. Kamienna płyta była spękana ze starości. Spomiędzy niektórych jej fragmentów wyrastały nawet małe, białe kwiatki. Brakowało przyniesionych, choćby już i zeschniętych ze starości kwiatów. Nie było zniczy, nawet jednej malutkiej świeczki. Napis na płycie nagrobnej pozostawał nieczytelny, w całości porośnięty przez zielony mech.
- Czy mógłbym was prosić o starcie tego? – zapytał duch, wskazując ręką na ziemię wokół.
Patrick zmarszczył brwi. Posłał Brennie dziwne spojrzenie, a potem zbliżył się do miejsca, które wskazał Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Tylko, że nie dostrzegł run które wykonał Cathal Shafiq. Właściwie to nic nie zobaczył, poza spulchnioną ziemią. Przewrócił oczami i podeszwą buta przetarł, gdzie sobie duch zażyczył.
- No nareszcie wolny! – zawołał ten.
- I to już? Po to było to całe wezwanie?
Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley pokręcił głową.
- Nie. Teraz chciałbym wam opowiedzieć moją historię – powiedział poważnym głosem. – Może zdołacie mi pomóc.
- Tak myślałem, że to może cię zainteresować – skomentował wreszcie, mniej więcej w tym momencie, gdy Brenna nabrała powietrza by mówić o Jęczącej Marcie. Tu poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Powinien się do niej odezwać, po prostu z wiekiem było mu coraz trudniej. – Zrujnowała ślub brata swojej szkolnej koleżanki? – zapytał powoli. – Nie przyznała mi się do tego – rzucił, gdy wychodzili z biura.
*
Cmentarz w Little Hangleton był niewielki, zarośnięty i bardzo zaniedbany. Steward otworzył furtkę. Puścił przodem Brennę a następnie ruszył za nią. Rozglądał się z uwagą, szukając kogoś, kto wyjaśniłby im, gdzie mają podążać. Ale nie musieli długo czekać, aż dostrzeli półprzezroczystą sylwetkę.
Sylwetka należała do mężczyzny. Dość niskiego i drobnego. Mniej więcej czterdziestoletniego, choć mógł być młodszy, tylko przedwcześnie postarzały. Na jego półprzeroczystej głowie widać było oznaki postępującego łysienia. Nosił też monokl, który mu od czasu do czasu spadał z twarzy. A całe jego ubranie wyglądało na takie, które było modne jeszcze trzydzieści, może czterdzieści lat temu.
- O to chyba i nasz wzywający – zauważył Steward.
Posłał Brennie kontrolne spojrzenie, jakby zainteresowany tym, jakie wrażenie wywarł na niej duch. Ale chwilę później duch sam ich dostrzegł. Ruszył ku nim, przepływając przez kilka nagrobków.
- O, władza! – zawołał głośno. – Wreszcie się was doczekałem! Na imię mam Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Jestem trzecim synem, ale ślubnym, Williama Marselisa de Berkeleya, pierwszy czarodziej w rodzinie od strony ojca, piętnasty od strony matki – przedstawił się.
- Patrick Harlan Steward. Jedyne dziecko swoich rodziców, ale ślubne – odpowiedział nieco skołowany Steward. Nie miał pojęcia, ilu magicznych przodków miał w swoim rodzie.
Ogólnie był nawykły do istnienia duchów, ale ten był jakiś taki… jakiś taki mocno dominujący. Nawet jeśli przy tym wydawał się nieszkodliwy.
- Ha! Dowcipniś! – rzucił Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. – Ale uznam, że nie działałeś w złej woli – dodał łaskawie, a potem zaczął kontynuować. – Ostatnio spotkała mnie straszna niegodziwość. Na cmentarz przybył prawdziwy brutal! Mężczyzna kompletnie pozbawiony zasad i honoru! Pokażę wam.
Patrick pomyślał, że duch miał pewną skłonność do przesadyzmu. Westchnął, ale ruszył za nim, choć w odróżnieniu od Berkeleya, musiał iść po ścieżce i omijać nagrobki.
- Trochę jest melodramatyczny – wyszeptał do Brenny, ale na tyle cicho, by Wolfgang ich nie usłyszał. – Myślisz, że ktoś zniszczył mu płytę nagrobną?
Taka była mniej więcej pierwsza myśl, która nawiedziła umysł Patricka, gdy usłyszał o „strasznej niegodziwości” i „prawdziwym brutalu”. Być może zjawa padła ofiarą jakiegoś nekromanty, który próbował ukraść mu kości?
Wolfgang zatrzymał się przy starym, na wpół zniszczonym grobie. Ten wyglądał tak, jakby od dawna nikt go nie odwiedzał. Kamienna płyta była spękana ze starości. Spomiędzy niektórych jej fragmentów wyrastały nawet małe, białe kwiatki. Brakowało przyniesionych, choćby już i zeschniętych ze starości kwiatów. Nie było zniczy, nawet jednej malutkiej świeczki. Napis na płycie nagrobnej pozostawał nieczytelny, w całości porośnięty przez zielony mech.
- Czy mógłbym was prosić o starcie tego? – zapytał duch, wskazując ręką na ziemię wokół.
Patrick zmarszczył brwi. Posłał Brennie dziwne spojrzenie, a potem zbliżył się do miejsca, które wskazał Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Tylko, że nie dostrzegł run które wykonał Cathal Shafiq. Właściwie to nic nie zobaczył, poza spulchnioną ziemią. Przewrócił oczami i podeszwą buta przetarł, gdzie sobie duch zażyczył.
- No nareszcie wolny! – zawołał ten.
- I to już? Po to było to całe wezwanie?
Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley pokręcił głową.
- Nie. Teraz chciałbym wam opowiedzieć moją historię – powiedział poważnym głosem. – Może zdołacie mi pomóc.