26.03.2023, 20:38 ✶
Śmiech wyrywa się spomiędzy warg Ariela, lecz próżno doszukiwać się w nim nuty szyderstwa; niesie się nad pastwiskami, przenika przez krople deszczu i rozmywa dię dopiero natrafiwszy na ścianę oblanego młodą zielenią zagajnika.
— Dobrze więc — mówi z radością wibrującą w łagodnym głosie — Dla ciebie mogę być i zjawą. Mam szczerą nadzieję, że nie boisz się duchów.
Próbuje wyłowić z meandrów pamięci twarz tego chłopaka (och, jakże piękna to twarz; z wielkim wysiłkiem powstrzymuje się, aby nie wyciągnąć ku niej dłoni i nie zbadać zakrzywienia łuków brwiowych, prostego nosa i miękkości warg, uprzytomniając sobie w ostatniej chwili, że byłoby to wielce nietaktowne), lecz na próżno - każda komórka buntuje się przed twierdzeniem, że już kiedyś przyszło im się spotkać. Zakłada więc naiwnie, że jest to przybysz z daleka, nowa dusza w Dolinie i poczuwa się w obowiązku rozłożenia nad nią parasola swej troskliwości.
— Mieszkam za tym wzgórzem — kiwa głową w kierunku wzgórza po przeciwnej stronie, z którego zbiegła ta przyodziana w sukienkę istota — Możesz ogrzać się przy piecu. Zaparzę nam ziół i odgrzeję zupę.
Zdaje się nie rozumieć ognia trawiącego nieznajomego od środka, choć dobrze zna smak uniesień. Nie potrafi jednak odróżnić charakterystycznego dla swej artystycznej osobowości zachwytu nad cudzym pięknem od pożądania, w świecie, w którym żyje granica pomiędzy tymi dwoma stanami jest zatarta - w jednej chwili trzyma w rozedrganej dłoni ołówek, studiując aparycję swojego modela, w następnej bada jego ciało własnymi palcami. Nie pojmuje tego, ale też nie opiera się słodkiej ekstazie, której w żaden sposób nie łączy z miłością, ani konkretną osobą. Ariel bowiem nie potrafi kochać jednego tylko człowieka - kocha wszystkie żywe stworzenia.
Ciepło obcego oddechu na dłoni uświadamia mu, jak bardzo jest odrętwiały. Nagle suknia przylegająca do ciała staje się nieprzyjemnie ciężka, zaś skórę przyzdabiają charakterystyczne wypuklenia. Chce zedrzeć z siebie wilgotne odzienie, które tylko potęguje uczucie chłodu, lecz najpierw musi dostać się do domu. Bezpardonowo więc chwyta nieznajomego pod ramię i prowadzi pod górkę.
— Mawiają, że moja prababka była najprawdziwszą wiłą — oświadcza z wyrazem rozmarzenia w jasnych oczach zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, zupełnie tak, jakby była to jedna z największych tajemnic — Ale we mnie nie ma nic niezwykłego.
Nie było to prawdą; chociaż wiły nie obdarzały swych męskich potomków szczególnymi zdolności, to nie wolno odmówić mu powabności godnej rusałki, bijącej od niego eteryczności, a także kokieteryjności skrytej za woalem niewonności. W każdym ruchu Ariela kryje się coś prowokacyjnego, a zarazem czystego, czego istnienia zdaje się nie mieć świadomości.
— Jak ci na imię? — pyta, gdy docierają na szczyt wzgórza. Przystaje na chwile, a przed nimi rozciąga się widok na skromną, obdartą pazurem czasu chatkę porośniętą bluszczem uzurpującym sobie okna. Wokół budynku znajduje się poletko obsadzone roślinami - słonecznikami, jak ma okazać się latem, teraz jednak są zbyt niskie i pozbawione charakterystycznych kwiatów, by je rozpoznać. Za nim stoją dwa budynki gospodarcze; niewielka drewniana stodoła i murowana obora, zaś po ogrodzonym podwórzu kręci się kilka kur, którym niestraszny deszcz. Kilkadziesiąt metrów za zagrodą zaczyna się Knieja Godryka, budząca jednoczesny lęk oraz zachwyt. W dole, po prawej stronie rozciąga się natomiast widok na Dolinę - teraz częściowo skrytej za szarą ścianą deszczu. Z komina położonego na uboczu domostwa unosi się słaby dym.
— Ogień jeszcze nie wygasł — mówi z uśmiechem, a potem zbiega z czarodziejem w dół.
— Dobrze więc — mówi z radością wibrującą w łagodnym głosie — Dla ciebie mogę być i zjawą. Mam szczerą nadzieję, że nie boisz się duchów.
Próbuje wyłowić z meandrów pamięci twarz tego chłopaka (och, jakże piękna to twarz; z wielkim wysiłkiem powstrzymuje się, aby nie wyciągnąć ku niej dłoni i nie zbadać zakrzywienia łuków brwiowych, prostego nosa i miękkości warg, uprzytomniając sobie w ostatniej chwili, że byłoby to wielce nietaktowne), lecz na próżno - każda komórka buntuje się przed twierdzeniem, że już kiedyś przyszło im się spotkać. Zakłada więc naiwnie, że jest to przybysz z daleka, nowa dusza w Dolinie i poczuwa się w obowiązku rozłożenia nad nią parasola swej troskliwości.
— Mieszkam za tym wzgórzem — kiwa głową w kierunku wzgórza po przeciwnej stronie, z którego zbiegła ta przyodziana w sukienkę istota — Możesz ogrzać się przy piecu. Zaparzę nam ziół i odgrzeję zupę.
Zdaje się nie rozumieć ognia trawiącego nieznajomego od środka, choć dobrze zna smak uniesień. Nie potrafi jednak odróżnić charakterystycznego dla swej artystycznej osobowości zachwytu nad cudzym pięknem od pożądania, w świecie, w którym żyje granica pomiędzy tymi dwoma stanami jest zatarta - w jednej chwili trzyma w rozedrganej dłoni ołówek, studiując aparycję swojego modela, w następnej bada jego ciało własnymi palcami. Nie pojmuje tego, ale też nie opiera się słodkiej ekstazie, której w żaden sposób nie łączy z miłością, ani konkretną osobą. Ariel bowiem nie potrafi kochać jednego tylko człowieka - kocha wszystkie żywe stworzenia.
Ciepło obcego oddechu na dłoni uświadamia mu, jak bardzo jest odrętwiały. Nagle suknia przylegająca do ciała staje się nieprzyjemnie ciężka, zaś skórę przyzdabiają charakterystyczne wypuklenia. Chce zedrzeć z siebie wilgotne odzienie, które tylko potęguje uczucie chłodu, lecz najpierw musi dostać się do domu. Bezpardonowo więc chwyta nieznajomego pod ramię i prowadzi pod górkę.
— Mawiają, że moja prababka była najprawdziwszą wiłą — oświadcza z wyrazem rozmarzenia w jasnych oczach zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, zupełnie tak, jakby była to jedna z największych tajemnic — Ale we mnie nie ma nic niezwykłego.
Nie było to prawdą; chociaż wiły nie obdarzały swych męskich potomków szczególnymi zdolności, to nie wolno odmówić mu powabności godnej rusałki, bijącej od niego eteryczności, a także kokieteryjności skrytej za woalem niewonności. W każdym ruchu Ariela kryje się coś prowokacyjnego, a zarazem czystego, czego istnienia zdaje się nie mieć świadomości.
— Jak ci na imię? — pyta, gdy docierają na szczyt wzgórza. Przystaje na chwile, a przed nimi rozciąga się widok na skromną, obdartą pazurem czasu chatkę porośniętą bluszczem uzurpującym sobie okna. Wokół budynku znajduje się poletko obsadzone roślinami - słonecznikami, jak ma okazać się latem, teraz jednak są zbyt niskie i pozbawione charakterystycznych kwiatów, by je rozpoznać. Za nim stoją dwa budynki gospodarcze; niewielka drewniana stodoła i murowana obora, zaś po ogrodzonym podwórzu kręci się kilka kur, którym niestraszny deszcz. Kilkadziesiąt metrów za zagrodą zaczyna się Knieja Godryka, budząca jednoczesny lęk oraz zachwyt. W dole, po prawej stronie rozciąga się natomiast widok na Dolinę - teraz częściowo skrytej za szarą ścianą deszczu. Z komina położonego na uboczu domostwa unosi się słaby dym.
— Ogień jeszcze nie wygasł — mówi z uśmiechem, a potem zbiega z czarodziejem w dół.