Usłyszał stwierdzenie Stelli dotyczące tego, że miała taki głupi pomysł ale za krótko się znają. Przykuło to jego uwag ale nie zapytał o to, ponieważ był zajęty rozmyślaniem o tym co by było gdyby nie miał dwóch lewych rąk. Nie znaczyło to jednak, że nie miał zamiaru o to zapytać.
- Nie każę Ci niczego wymagać - odparł - Ja sam to proponuję po prostu... Wtedy jest to całkowicie sprawiedliwe, ponieważ nikt mnie do tego nie zmusił... I nikogo wtedy nie mogę oskarżać o swoje niepowodzenie jak tylko siebie - wyjaśnił. Borgin nie chciał aby Avery coś od niego wymagała bo wtedy czułby zapewne niepotrzebną presję. Liczył raczej na to co czego potrzebował - sprowadzenia na ziemię - i to też od niej otrzymał.
- Ja wiem. Starego psa nie da się nauczyć nowych sztuczek - wypuścił ciężko powietrze - Nie wiem co by się musiało stać abym zrozumiał jak się robi te obie rzeczy… Albo chociaż jedną - wytłumaczył. Stanley zrozumiał, że to też nie jest droga do sukcesu. Może gdyby nie podchodził do szeroko pojętej sztuki z taką nonszalancją to byłby w stanie cokolwiek osiągnąć.
Mętlik - to idealne określenie na to co się działo teraz w jego głowie. Dodatkowo nie pomagał mu fakt, że był on lekko w gorącej wodzie kąpany. Stanley chciał mieć rozwiązanie tu i teraz, a najlepiej w tym momencie. Denerwowało go również to, że przyszedł tutaj w jasnym celu, a jeszcze żadnych większych szczegółów nie udało im się do tej pory ustalić. O ile nie była to złość skierowana w kierunku jego wybranki, tak nie mógł tego samego stwierdzić o samym sobie - był zawiedziony swoją postawą. Zdawał sobie sprawę, że zaproponowane przez niego plany nie są idealne i główny problem dotyczył trudności w ich wykonaniu… oraz tego, że niepowodzenie w większości z nich, kończyło się odsiadką w Azkabanie.
Lubisz to najbardziej robić? Te słowa utknęły mu przez chwilę w głowie. To było bardzo dobre pytanie. Taka była prawda? Nie wiedział. Po tylu latach w tym departamencie stało się to po prostu pewną cząstką niego samego, bez której nie potrafił już żyć. Nawet głupia rezygnacja z części nadgodzin stanowiła dla niego cios - jakby utracił kawałek siebie - Czy szykowałem się do tego całą szkołę? - zapytał jakby poszukiwał słów otuchy. Zawsze miał wrażenie, że skończył jako brygadzista w ministerstwie, ponieważ nie nadawał się do niczego innego niż bieganie za zbiegami i wypełnianie tych samych formułek przez cały czas.
- Chciałbym Stelluś aby to było takie proste… Ale nie potrafię przestać o tym wszystkim myśleć… - mówił powoli - Boję się po prostu - przyznał, chociaż słowa coraz ciężej przechodził mu przez gardło - Boję się, że jak nic nie wymyślimy to… - zawahał się - Będziemy musieli… Zapomnieć… O sobie… Wzajemnie… - wydukał. Wolał zrezygnować zawczasu, chociaż i tak już było za późno - za bardzo już mu zaczęło na niej zależeć. Nie widział innej możliwości. Stanley nie potrafiłby przeżyć tego, że Avery jest w jakimś nieszczęśliwym związku z kimś innym. Nie wybaczyłby sobie tego chyba nigdy. Tego, że nie wymyślił nic co mogłoby wybawić ich z tej opresji.
W tym wszystkim najgorsza była świadomość, że nawet jakby jakimś cudem udałoby mu się pogodzić z tym faktem, to wystarczyłoby cokolwiek, nawet najmniejsza rzecz, aby tę ranę rozdrapać. Jedno zdjęcie, imię, spojrzenie na nią… Dosłownie cokolwiek, a wszystko wróciłoby w ułamku sekundy jak bumerang. Poczułby ostrze noża we własnym sercu mimo, że nikt by mu takiej fizycznej krzywdy nie zrobił. I właśnie chyba to było tym czego Stanley się najbardziej obawiał. Po prostu bał się odpuścić, dlatego ciągle o tym wszystkim myślał i kombinował, co mogliby zrobić dalej.
- Spróbuję - odparł, a następnie przymknął oczy i spróbował się wyciszyć. Wziął kilka głębokich wdechów i wydechów. Starał się ze wszystkich sił uspokoić. Do tego potrzebna była chłodna głowa.
Kiedy leżał tak przez dłuższą chwilę w bezruchu, zastanawiając się co powinni zrobić dalej, w głowie zrodziła mu się jedna myśl - A może… - zaczął mówić, jednak szybko się zreflektował - Nie to też głupie… - Niestety ten pomysł był na poziomie napadu na bank Gringotta. Borgin wymyślił, że w zasadzie mógłby porwać ministra magii, a następnie całkiem “przypadkiem” go odnaleźć. Wtedy zyskałby sławę w całym świecie czarodziei. Jedynym problemem był fakt, że próbując podjąć się tego zadania, równie dobrze mógłby się po prostu rzucić z mostu do rzeki - efekt byłby ten sam.
- A mówiłaś wcześniej, że masz jakiś pomysł… - powrócił do tematu sprzed kilku chwil - Ja z chęcią posłucham - zapewnił posiadaczkę wygodnych nóg - Może będą bardziej cywilizowane od moich - parsknął śmiechem. Jako, że pochodzili z dwóch różnych światów, mieli dwa różne podejście do życia i do rozwiązywania spraw. Z ich duetu, to właśnie Stella miała bardziej przyziemne pomysły, które nie były aż tak narażające. Stanley raczej rozpatrywał wszystko w innych kwestiach i uwzględniał szeroko pojętą brutalność w swoich działaniach. W momencie, w którym się znaleźli, na rękę były im raczej pomysły w stylu Avery, a nie Borgina. No chyba, że mieli zamiar czekać na siebie samych kilkanaście lat… których nie mieli.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972