26.03.2023, 22:55 ✶
Patrick zamrugał. To eskalowało zbyt szybko. Ledwie co roztarł ziemię przy grobie de Berkeleya a już w ich stronę zdążyło polecieć kilka prób szantażu i cała masa historii, której niemal nie zrozumiał.
Historia o… o czym właściwie? O miłości i cierpieniu? Berkeley stanowczo był zbyt egzaltowanym duchem. Choć w jednym miał rację. Steward wolałby by go nie nawiedzał w sypialni, przy śniadaniu czy gdziekolwiek indziej. Nawet nie dlatego, że by się go wstydził, ale przez to, że ten zbyt wiele gadał.
Odwrócił głowę w stronę Brenny, trochę podziwiając ją w tym momencie za to, że w natłoku słów, które wywalał z siebie duch, próbowała zachować zimną krew. On potrzebował chwili, by w ogóle zrozumieć, co tu się właśnie działo.
- Stop! – przerwał Berkereyowi jego bla, bla, bla, bla. Uniósł rękę do góry. Chwilowo bardziej niż na szantażu, starał się skupić na tym, co mężczyzna próbował im opowiedzieć. – Dobrze. Wysłuchamy cię. Tylko powoli. I wprost – zastrzegł szybko.
Nie chciał słuchać żadnych opowieści o niebieskich oczach, w których można było utonąć lub o czymś podobnym. Chociaż Patrick bywał romantykiem, nawet w jego uszach takie porównania brzmiały wyjątkowo tandetnie.
Duch posłał mu pełne wyższości spojrzenie.
- Zdaję sobie sprawę, że czasy uległy zmianie, niestety na gorsze, ale czy tak trudno zrozumieć, że zakochałem się w kobiecie o oczach błękitnych jak niebo a włosach tak czarnych jak bezgwiezdna noc? – zapytał z urazą. Nie czekał na odpowiedź Patricka, może przekonany, że auror był zbyt głupi by zrozumieć zawiłości prawdziwej miłości. – Miała na imię Dolores Riddle. Spotykałem ją czasem wieczorami. Od pierwszej chwili, w której ją ujrzałem, pojąłem, że połączyło nas coś niezwykłego. Coś, co mogło połączyć tylko naszą dwójkę, rozumiesz? A ona? – Przez twarz ducha przemknęła udręka. – Bawiła się mną i moimi uczuciami. Chciałabym dostać od ciebie coś wyjątkowego, Wolfgangu, mówiła. Ale czy można podarować kobiecie, która ma wszystko coś wyjątkowego?
- Jak dla mnie to ona próbowała pana, panie de Berkeley, po prostu zbyć – wtrącił nieśmiało Patrick.
Zerknął na Brennę by przekonać się, czy i ona widziała sprawę podobnie. Była bogatą kobietą. Można było założyć, że raczej miała wszystko, co tylko mogła chcieć mieć. Raczej nie prosiła swoich adoratorów (zakładał, że wokół Brenny kręcili się mężczyźni, była w końcu ładna, młoda, przyjazna w obyciu i bogata) o gwiazdki z nieba. A jeśli prosiła to tylko po to, by dali jej święty spokój.
Duch pokręcił głową.
- Nie, nie, mój drogi chłopcze – zaprzeczył cicho, wkładając w ten cichy ton jeszcze więcej emocji. – Ona wcale nie próbowała mnie zbyć. Ona prosiła mnie o coś, o co prosić nie powinna. Tylko wtedy… wtedy nie miałem pojęcia, że to robi! – żachnął się. A potem przysiadł na własnym nagrobku i ukrył twarz w dłoniach.
Patrick znowu popatrzył na Brennę, teraz dlatego, że właściwie nie wiedział co ma robić. Trudno było pocieszyć ducha, kiedy opowiadał o sprawie, która miała miejsce dobre kilkadziesiąt lat temu. Jego ukochana, z pewnością, dawno już nie żyła.
- O ile jeszcze coś wyjątkowego, było niesprecyzowane, to jej kolejna prośba: chcę najpiękniejszy kwiat, który rośnie w twoim ogrodzie, już wskazywała mi, gdzie powinienem poszukiwać tego, czego pragnęła. Ale jakiego kwiatu bym jej nie podarował to zawsze nie był kwiat, którego oczekiwała. Ba, w chwili, w której to mówiła po moim ogrodzie spacerowała jedynie, moja młodsza siostra Rosaline.
- Więc powinna sama przyjść do pańskiego ogrodu, panie de Berkeley, i zerwać ten kwiat – Patrick rzucił pierwsze, co przyszło mu do głowy.
Nie rozumiał tej historii, nie rozumiał do czego właściwie zmierzała. Nie miał pojęcia czemu duch upierał się by ją opowiedzieć, dlaczego właśnie im i jaki był z niej morał.
- I pewnego razu właśnie tak zrobiła – wymruczał grobowym tonem Wolfgang Johannes Marselis de Berekeley. – Ale wcześniej, kiedy moje kolejne próby zaspokojenia jej pragnienia spełzły na niczym, zaproponowała: pomogę ci, jeśli tylko wyprawisz bal i zaprosisz mnie na przyjęcie do swojego domu. Sama wezmę kwiat, o który cię proszę. A potem, potem obdaruję cię tym, co mam najcenniejsze – zamilkł, chyba w nadziei, że jego słowa wywrą na Brennie i Patricku właściwe wrażenie. I na swój sposób tak było, bo Steward poczuł niepokój zaciskający się w jego żołądku. Być może historia ducha była głupia, ale słowa Dolores brzmiały jak obietnica paktu a kwiat w ogrodzie, w zestawieniu z informacjami o siostrze Rosaline spacerującej między rabatkami… Dla Patricka brzmiało to tak, jakby ukochana de Berkeleya zażądała jego siostry. - Wyprawienie balu wcale nie było takie proste, bo moja rodzina żyła z Riddle’ami w wielkiej niezgodzie. Nie macie pojęcia, ile kosztowało mnie doprowadzenie by w ogóle został wyprawiony, ale udało mi się. Zorganizowałem bal maskowy. Nocą.
Historia o… o czym właściwie? O miłości i cierpieniu? Berkeley stanowczo był zbyt egzaltowanym duchem. Choć w jednym miał rację. Steward wolałby by go nie nawiedzał w sypialni, przy śniadaniu czy gdziekolwiek indziej. Nawet nie dlatego, że by się go wstydził, ale przez to, że ten zbyt wiele gadał.
Odwrócił głowę w stronę Brenny, trochę podziwiając ją w tym momencie za to, że w natłoku słów, które wywalał z siebie duch, próbowała zachować zimną krew. On potrzebował chwili, by w ogóle zrozumieć, co tu się właśnie działo.
- Stop! – przerwał Berkereyowi jego bla, bla, bla, bla. Uniósł rękę do góry. Chwilowo bardziej niż na szantażu, starał się skupić na tym, co mężczyzna próbował im opowiedzieć. – Dobrze. Wysłuchamy cię. Tylko powoli. I wprost – zastrzegł szybko.
Nie chciał słuchać żadnych opowieści o niebieskich oczach, w których można było utonąć lub o czymś podobnym. Chociaż Patrick bywał romantykiem, nawet w jego uszach takie porównania brzmiały wyjątkowo tandetnie.
Duch posłał mu pełne wyższości spojrzenie.
- Zdaję sobie sprawę, że czasy uległy zmianie, niestety na gorsze, ale czy tak trudno zrozumieć, że zakochałem się w kobiecie o oczach błękitnych jak niebo a włosach tak czarnych jak bezgwiezdna noc? – zapytał z urazą. Nie czekał na odpowiedź Patricka, może przekonany, że auror był zbyt głupi by zrozumieć zawiłości prawdziwej miłości. – Miała na imię Dolores Riddle. Spotykałem ją czasem wieczorami. Od pierwszej chwili, w której ją ujrzałem, pojąłem, że połączyło nas coś niezwykłego. Coś, co mogło połączyć tylko naszą dwójkę, rozumiesz? A ona? – Przez twarz ducha przemknęła udręka. – Bawiła się mną i moimi uczuciami. Chciałabym dostać od ciebie coś wyjątkowego, Wolfgangu, mówiła. Ale czy można podarować kobiecie, która ma wszystko coś wyjątkowego?
- Jak dla mnie to ona próbowała pana, panie de Berkeley, po prostu zbyć – wtrącił nieśmiało Patrick.
Zerknął na Brennę by przekonać się, czy i ona widziała sprawę podobnie. Była bogatą kobietą. Można było założyć, że raczej miała wszystko, co tylko mogła chcieć mieć. Raczej nie prosiła swoich adoratorów (zakładał, że wokół Brenny kręcili się mężczyźni, była w końcu ładna, młoda, przyjazna w obyciu i bogata) o gwiazdki z nieba. A jeśli prosiła to tylko po to, by dali jej święty spokój.
Duch pokręcił głową.
- Nie, nie, mój drogi chłopcze – zaprzeczył cicho, wkładając w ten cichy ton jeszcze więcej emocji. – Ona wcale nie próbowała mnie zbyć. Ona prosiła mnie o coś, o co prosić nie powinna. Tylko wtedy… wtedy nie miałem pojęcia, że to robi! – żachnął się. A potem przysiadł na własnym nagrobku i ukrył twarz w dłoniach.
Patrick znowu popatrzył na Brennę, teraz dlatego, że właściwie nie wiedział co ma robić. Trudno było pocieszyć ducha, kiedy opowiadał o sprawie, która miała miejsce dobre kilkadziesiąt lat temu. Jego ukochana, z pewnością, dawno już nie żyła.
- O ile jeszcze coś wyjątkowego, było niesprecyzowane, to jej kolejna prośba: chcę najpiękniejszy kwiat, który rośnie w twoim ogrodzie, już wskazywała mi, gdzie powinienem poszukiwać tego, czego pragnęła. Ale jakiego kwiatu bym jej nie podarował to zawsze nie był kwiat, którego oczekiwała. Ba, w chwili, w której to mówiła po moim ogrodzie spacerowała jedynie, moja młodsza siostra Rosaline.
- Więc powinna sama przyjść do pańskiego ogrodu, panie de Berkeley, i zerwać ten kwiat – Patrick rzucił pierwsze, co przyszło mu do głowy.
Nie rozumiał tej historii, nie rozumiał do czego właściwie zmierzała. Nie miał pojęcia czemu duch upierał się by ją opowiedzieć, dlaczego właśnie im i jaki był z niej morał.
- I pewnego razu właśnie tak zrobiła – wymruczał grobowym tonem Wolfgang Johannes Marselis de Berekeley. – Ale wcześniej, kiedy moje kolejne próby zaspokojenia jej pragnienia spełzły na niczym, zaproponowała: pomogę ci, jeśli tylko wyprawisz bal i zaprosisz mnie na przyjęcie do swojego domu. Sama wezmę kwiat, o który cię proszę. A potem, potem obdaruję cię tym, co mam najcenniejsze – zamilkł, chyba w nadziei, że jego słowa wywrą na Brennie i Patricku właściwe wrażenie. I na swój sposób tak było, bo Steward poczuł niepokój zaciskający się w jego żołądku. Być może historia ducha była głupia, ale słowa Dolores brzmiały jak obietnica paktu a kwiat w ogrodzie, w zestawieniu z informacjami o siostrze Rosaline spacerującej między rabatkami… Dla Patricka brzmiało to tak, jakby ukochana de Berkeleya zażądała jego siostry. - Wyprawienie balu wcale nie było takie proste, bo moja rodzina żyła z Riddle’ami w wielkiej niezgodzie. Nie macie pojęcia, ile kosztowało mnie doprowadzenie by w ogóle został wyprawiony, ale udało mi się. Zorganizowałem bal maskowy. Nocą.