27.03.2023, 00:59 ✶
Na miejscu pojawił się dobre piętnaście minut przed umówionym czasem. Pogoda była tego dnia wspaniała. Świeciło słońce a na niebie brakowało nawet pojedynczej chmurki. Ulysses przystanął obok wejścia głównego. Patrzył na mijających go mugoli pozbawionym głębszego wyrazu wzrokiem.
Tego poranka jakoś mu nie przeszkadzali. Nie aż tak, jak mogliby przeszkadzać każdego innego dnia, gdy swoimi krzykami i śmiechem, drażnili jego nazbyt czuły słuch. Tym razem było inaczej, ale i on był tego dnia trochę inny. Skupiony na tym, by zrobić dobre wrażenie, niemal odruchowo pojął, że go nie zrobi. Nazbyt się wyróżniał w ten lipcowy dzień. Stał w garniturze, jak prawnik, który zdążył już wziąć udział w jakimś bardzo poważnym spotkaniu, a teraz – może wiedziony chęcią odpoczynku poszedł do parku, tylko przed samą bramą, zabrakło mu nagle odwagi, by wejść do środka.
I tak stał, spoglądając na rozłożonych na kocach ludzi, na biegające dzieci, na wyprowadzających psy, na mijających go wchodzących i wychodzących. Zdawał sobie sprawę z ich istnienia, a jednak oni jakby go nie dostrzegali, choć pewnie wyróżniał się wyjątkowo mocno. Ale jemu to nie przeszkadzało. Myślami błądził wokół Danielle. Układał sobie w głowie spotkanie z nią i ciągle też zakładał, że może jednak go wystawi.
To znaczy, nie. Nie wystawi. Po prostu jest uzdrowicielką i może nagle wypadnie jej jakiś bardzo ważny dyżur w Mungo. Albo okaże się, że przyjechała jej dawno niewidziana krewna i głupio byłoby teraz wyjść z domu. Albo rozboli ją głowa. Przyjaciółka będzie miała nagły wypadek. Albo stanie się coś innego, ale na pewno istotnego. Dużo istotniejszego niż spotkanie w Hyde Parku.
Nastawiał się na odmowę przez ostatnie pięć dni. Każda sowa, która zostawiała mu liścik na biurku, sprawiała, że szykował się na krótkie: Wybacz, jednak nie mogę się z tobą spotkać. Odezwę się kiedyś. To kiedyś było nawet podkreślone. Ulysses uważał takie zdania za całkiem dobre, bo zakładały jakieś kiedyś i były jednocześnie na tyle sprytnie skonstruowane, że nie precyzowały, kiedy.
Zawiesił dłużej wzrok na mijającej go parze. Ona niosła kwiaty, które on jej podarował. Młody Rookwood też myślał o kwiatach, ale nie zdecydował się na ich kupno. Jakby to wyglądało, gdyby je wręczył Danielle? Przyszła na spotkanie ze znajomym by pooglądać biegające psy, a miała chodzić z kwiatami pod pachą? Głupio. Nie na to się pisała. Ulysses pojął już, że uwielbiała psy. Zresztą chciał jej kupić lody. Albo gofry. O ile będzie chciała. Nie dało się chodzić z kwiatami i lodami jednocześnie. To znaczy, dało się, ale było to strasznie niewygodnie.
Nerwica natręctw bywała naprawdę męcząca. A wszystkie jego myśli i plany na ten spacer i tak na końcu sprowadzały się do prostego: o ile Daniele będzie chciała.
Tego poranka jakoś mu nie przeszkadzali. Nie aż tak, jak mogliby przeszkadzać każdego innego dnia, gdy swoimi krzykami i śmiechem, drażnili jego nazbyt czuły słuch. Tym razem było inaczej, ale i on był tego dnia trochę inny. Skupiony na tym, by zrobić dobre wrażenie, niemal odruchowo pojął, że go nie zrobi. Nazbyt się wyróżniał w ten lipcowy dzień. Stał w garniturze, jak prawnik, który zdążył już wziąć udział w jakimś bardzo poważnym spotkaniu, a teraz – może wiedziony chęcią odpoczynku poszedł do parku, tylko przed samą bramą, zabrakło mu nagle odwagi, by wejść do środka.
I tak stał, spoglądając na rozłożonych na kocach ludzi, na biegające dzieci, na wyprowadzających psy, na mijających go wchodzących i wychodzących. Zdawał sobie sprawę z ich istnienia, a jednak oni jakby go nie dostrzegali, choć pewnie wyróżniał się wyjątkowo mocno. Ale jemu to nie przeszkadzało. Myślami błądził wokół Danielle. Układał sobie w głowie spotkanie z nią i ciągle też zakładał, że może jednak go wystawi.
To znaczy, nie. Nie wystawi. Po prostu jest uzdrowicielką i może nagle wypadnie jej jakiś bardzo ważny dyżur w Mungo. Albo okaże się, że przyjechała jej dawno niewidziana krewna i głupio byłoby teraz wyjść z domu. Albo rozboli ją głowa. Przyjaciółka będzie miała nagły wypadek. Albo stanie się coś innego, ale na pewno istotnego. Dużo istotniejszego niż spotkanie w Hyde Parku.
Nastawiał się na odmowę przez ostatnie pięć dni. Każda sowa, która zostawiała mu liścik na biurku, sprawiała, że szykował się na krótkie: Wybacz, jednak nie mogę się z tobą spotkać. Odezwę się kiedyś. To kiedyś było nawet podkreślone. Ulysses uważał takie zdania za całkiem dobre, bo zakładały jakieś kiedyś i były jednocześnie na tyle sprytnie skonstruowane, że nie precyzowały, kiedy.
Zawiesił dłużej wzrok na mijającej go parze. Ona niosła kwiaty, które on jej podarował. Młody Rookwood też myślał o kwiatach, ale nie zdecydował się na ich kupno. Jakby to wyglądało, gdyby je wręczył Danielle? Przyszła na spotkanie ze znajomym by pooglądać biegające psy, a miała chodzić z kwiatami pod pachą? Głupio. Nie na to się pisała. Ulysses pojął już, że uwielbiała psy. Zresztą chciał jej kupić lody. Albo gofry. O ile będzie chciała. Nie dało się chodzić z kwiatami i lodami jednocześnie. To znaczy, dało się, ale było to strasznie niewygodnie.
Nerwica natręctw bywała naprawdę męcząca. A wszystkie jego myśli i plany na ten spacer i tak na końcu sprowadzały się do prostego: o ile Daniele będzie chciała.