Wieczór zapowiadał się cudownie; coś w jej sercu trzepotało niepoprawnie, tak jakby miało ulecieć niebawem ku wieczornemu nieboskłonowi – nie spodziewała się po sobie tak ognistej reakcji na zaproszenie Lovegooda, a jednak im bardziej zbliżał się czas balu, tym większe wątpliwości ogarniały drobne ciało. Prędki wdech i wydech, spojrzała na siebie w lustrze, oceniając własną aparycję – uśmiech zakwitł na jej wargach, umysł jednak spowijała niepewność. Bo w końcu – co jeśli to parszywy żart i ją wystawi? Co jeśli jego zaproszenie okaże się być jedynie kawałem?; westchnęła ponownie, wbijając niepewny wzrok we własne odbicie w lustrze.
Gęste, złociste loki opadały swobodnie na ramiona, jedynie częściowo spięte srebrną kokardą. Policzki muśnięte pudrem i różem nabrały koloru, choć spodziewała się, iż pąs na nie wstąpi mimowolnie, gdy tylko go zobaczy. Tę przeklętą jedną milionową wszechświata. Kryte czerwienią wargi, wydatne i pełne w swojej krasie, drgały co jakiś czas niepewnie, gdy oceniała, czy sukienka aby na pewno dobrze leży.
Srebrna sukienka, umykająca jedynie rąbkiem nad ziemią, zdawała się być prosta – materiał ładnie układał się na niewielkim biuście, opinając w talii sylwetkę, aby niżej sunąć kaskadami tiulu i lśniącej srebrzyście powłoki. Posiadał jednak jeden szkopuł – na ramionach i dekolcie widniały zaklęte w bieli kwiaty, których magia skupiała się na tym, iż były niewiędnące.
Ostatni raz spojrzała na siebie w lustrze, aby ruszyć schodami ku wielkiej sali, przed którą mieli się spotkać. Schodząc po schodach, jej wątpliwości urastały do rangi niebotycznej, jednak gdy wzrok napotkał jego sylwetkę, rozpromieniła się.
– Dlaczego się tak patrzysz? – spytała miękko. – Dobrze wyglądam? Źle wyglądam? O boże, na pewno źle wyglądam – westchnęła.