27.03.2023, 23:50 ✶
Ulysses wszedł na do stacji metra przy Walworth na Landgdale przy Perial Park. Tym razem nie miał na sobie płaszcza, kaszkietu lub rękawiczek. Wyglądał tak, jak podczas zwiedzania straganów na Beltane. Nawet buty, jego błyszczące, wypastowane oczko w głowie, nie były tak czyste jak zazwyczaj.
Powód jego wyglądu był dość prozaiczny. Niemal od razu po tym jak opuścił polanę ognisk, aportował się w niemagicznej części Londynu. Najpierw kluczył uliczkami, mijał mugoli, idąc właściwie bez celu. Analizował w głowie spotkanie z Danielle i Samuelem Carrowem. Irytował się na siebie, że nie zapytał Alanny o kuzyna, że Alanna nie uprzedziła go, że w ogóle istniał i najwidoczniej interesował uzdrowicielką.
Ale z drugiej strony, skąd Alanna mogłaby odgadnąć, że chciałby wiedzieć takie rzeczy? Nie zwierzał jej się. Nawet nie potrafił określić tego, co czuł do Danielle. Lubił ją. Krążyła mu w myślach często. Równie często miał ochotę zaprosić ją gdzieś albo wypytać o te rzeczy, których nie chciał pamiętać u innych, a jednak mimowolnie je zapamiętywał. Chciał wiedzieć co jada na śniadanie, poznać każdą drobną zmarszczkę, która tworzyła jej się w kącikach oczu gdy się głośno śmiała, chciał zapamiętać ich blask i rozmieszczenie piegów na nosie.
Czasami wyobrażał sobie, że ich dwójke łączy nie wiadomo jak wiele. Bo wysyłała do niego listy. Bo uśmiechała się podczas rozmowy z nim. Bo mimo tego, że nie zawsze potrafił (nigdy nie potrafił) się dobrze zaprezentować jej to chyba nie przeszkadzało. Albo nie przeszkadzało aż tak bardzo.
Tylko, że dzisiaj, gdy patrzył na Daniele rzucającą się Samuelowi na szyję, czuł jak w jego wnętrzu budzi się mieszkający tam potwór i zieje zazdrością. Okropną, trującą, pulsującą w żyłach zazdrością, która mieszała się z odurzającym strachem. Kiedy wypełniał zlecone przez Roberta Mulcibera zadania, starał się je wypełnić najlepiej jak potrafił. Teraz myślał tylko o tym, że mugole byli słabym planem, że mogli im wszystkim pospadać na głowy, bo nie będą trzymali się ulotek, gdy te szarpną ich i poderwą do góry. Jego ojciec będzie potrafił się obronić, ale Danielle? Ulysses nie podejrzewał, by była gotowa poświęcić życie – choćby i mugola – byle ocalić własne.
I tak nogi same przyniosły go do metra. Przebił kasownik biletem dobowym, który kupił rano, potem przeszedł przez cały peron ku mniej uczęszczanemu wejściu.
Widok Alanny zaskoczył go tak samo, jak jego widok ją. Osłupiał, spoglądając na nią pozbawionymi zrozumienia oczami. Nie spodziewał się, że na nią trafi. Ale dlaczego właściwie miałby się spodziewać? Znał ją nie od dzisiaj. Nienawidziła mugoli. Gardziła nimi. Brzydziła się ich. Nie przyszłaby do metra po to, by któregokolwiek z nich ocalić. Prawda?
- Sprawdzam… - zaczął i urwał. Oboje sprawdzali. – Więc się udało? – zapytał głucho, myśląc o tym, że ulotki zostały rozebrane przez mugoli. – Doskonale – rzucił matowym głosem.
A potem odwrócił się by zejść z powrotem do metra i usiąść na jednej z pustych ławek.
Powód jego wyglądu był dość prozaiczny. Niemal od razu po tym jak opuścił polanę ognisk, aportował się w niemagicznej części Londynu. Najpierw kluczył uliczkami, mijał mugoli, idąc właściwie bez celu. Analizował w głowie spotkanie z Danielle i Samuelem Carrowem. Irytował się na siebie, że nie zapytał Alanny o kuzyna, że Alanna nie uprzedziła go, że w ogóle istniał i najwidoczniej interesował uzdrowicielką.
Ale z drugiej strony, skąd Alanna mogłaby odgadnąć, że chciałby wiedzieć takie rzeczy? Nie zwierzał jej się. Nawet nie potrafił określić tego, co czuł do Danielle. Lubił ją. Krążyła mu w myślach często. Równie często miał ochotę zaprosić ją gdzieś albo wypytać o te rzeczy, których nie chciał pamiętać u innych, a jednak mimowolnie je zapamiętywał. Chciał wiedzieć co jada na śniadanie, poznać każdą drobną zmarszczkę, która tworzyła jej się w kącikach oczu gdy się głośno śmiała, chciał zapamiętać ich blask i rozmieszczenie piegów na nosie.
Czasami wyobrażał sobie, że ich dwójke łączy nie wiadomo jak wiele. Bo wysyłała do niego listy. Bo uśmiechała się podczas rozmowy z nim. Bo mimo tego, że nie zawsze potrafił (nigdy nie potrafił) się dobrze zaprezentować jej to chyba nie przeszkadzało. Albo nie przeszkadzało aż tak bardzo.
Tylko, że dzisiaj, gdy patrzył na Daniele rzucającą się Samuelowi na szyję, czuł jak w jego wnętrzu budzi się mieszkający tam potwór i zieje zazdrością. Okropną, trującą, pulsującą w żyłach zazdrością, która mieszała się z odurzającym strachem. Kiedy wypełniał zlecone przez Roberta Mulcibera zadania, starał się je wypełnić najlepiej jak potrafił. Teraz myślał tylko o tym, że mugole byli słabym planem, że mogli im wszystkim pospadać na głowy, bo nie będą trzymali się ulotek, gdy te szarpną ich i poderwą do góry. Jego ojciec będzie potrafił się obronić, ale Danielle? Ulysses nie podejrzewał, by była gotowa poświęcić życie – choćby i mugola – byle ocalić własne.
I tak nogi same przyniosły go do metra. Przebił kasownik biletem dobowym, który kupił rano, potem przeszedł przez cały peron ku mniej uczęszczanemu wejściu.
Widok Alanny zaskoczył go tak samo, jak jego widok ją. Osłupiał, spoglądając na nią pozbawionymi zrozumienia oczami. Nie spodziewał się, że na nią trafi. Ale dlaczego właściwie miałby się spodziewać? Znał ją nie od dzisiaj. Nienawidziła mugoli. Gardziła nimi. Brzydziła się ich. Nie przyszłaby do metra po to, by któregokolwiek z nich ocalić. Prawda?
- Sprawdzam… - zaczął i urwał. Oboje sprawdzali. – Więc się udało? – zapytał głucho, myśląc o tym, że ulotki zostały rozebrane przez mugoli. – Doskonale – rzucił matowym głosem.
A potem odwrócił się by zejść z powrotem do metra i usiąść na jednej z pustych ławek.