Gerry nie miała zamiaru nikogo przestraszyć. Po prostu zawsze szykowała się do najgorszego. Ten wąż, którego dostrzegła chwilę wcześniej nie zwiastował tego, że przybędzie po niego ktoś o dobrych zamiarach. Węże od najmłodszych lat jej się kojarzyły źle, między innymi, dlatego, że łączyła je również z domem Salazara Slytherina, a jego członków jakoś nigdy specjalnie nie lubiła. Zresztą sam jej brat do nich należał. Walczyła z ich podejściem do innych od najmłodszych lat. Węże nie wzbudzały w niej zaufania ich właściciele tym bardziej, bo kto mógłby chcieć hodować te obślizgłe stworzenia?
- Ten Twój ciapek, nie wygląda na specjalnie spokojnego. - Mówiła spokojnie, nadal uważnie przyglądała się mężczyźnie. - Mam wrażenie, że chce zjeść moją Pierdołę. - Cóż za dzielna z niej obserwatorka, widać, że prawdziwa z niej łowcza.
- Może byś go złapał, nim mój kompan skończy jako jego obiad? - Zapytała całkiem grzecznie. Wypadałoby, aby mężczyzna zajął się swoim zwierzakiem. - W ogóle, co to za pomysł, żeby wyprowadzać węża na spacer. - Nie mogła tego nie skomentować, skoro już znalazła właściciela zwierzęcia postanowiła wylać swoje gorzkie żale. Oczywiście nie przyjmowała, że wyszedł z nim na spacer. Zwierzę musiało mu zwiać, jeśli jednak hodowało się takie stworzenia, to powinno się dbać o to, żeby nie uciekały, mogły w końcu zrobić komuś krzywdę.
- Poradzisz sobie, czy Ci pomóc? - Zapytała wprost, w końcu znała się na rzeczy, jakby nie patrzeć. Różne zwierzęta w swoim życiu widziała, z różnymi sobie radziła, wolała upewnić się, że mężczyzna jest w stanie sam ogarnąć sprawę, nie chciałaby mieć kogoś na sumieniu przez swoją ignorancję, a niestety już widziała tego węża, więc pozostawało przypilnować, żeby dotarł do domu.