29.03.2023, 21:39 ✶
Mackenzie zawsze uważała, że ludzie są… trudni. I nie zawsze potrafiła powiedzieć, czy czyjeś zachowanie jest dziwne, czy tylko takim się jej wydaje. Ale coś w zachowaniu kobiety, w jej opowieści, sprawiło, że dreszcze przeszedł dziewczynie po plecach i gdy czarownica podeszła do nich, ona cofnęła się o krok.
Nie znała się na klątwach i złej magii. Ale pewne rzeczy wiedziała aż za dobrze. Mężczyźni nie potrzebują magii, aby zdradzać i łamać serca, a jeśli zrobią to raz, w jednym przypadku, zrobią ponownie. Zaś Matka Księżyca pozostaje głucha na wszelkie modły, jakie wznoszą ku niej śmiertelnicy.
Mackenzie była na to wszystko żywym dowodem.
Gdyby nie cała ta sytuacja – przedziwny wiatr, utrata magii, ciało obolałe po upadku – pewnie nietypowo dla siebie, roześmiałaby się na zapewnienia tej kobiety, że to do niego niepodobne, że to magia, na pewno magia. Ale teraz nie było Mackenzie do śmiechu. Nie wiedziała, gdzie są. Nie wiedziała, kim jest ta kobieta, a pomoc w dopełnieniu rytuału, zdawała się Greengrass brzmieć… mrocznie. Kto wie, co takiego mieliby zrobić? Ba, zaczęła nawet podejrzewać, że może ten wiatr, który ich porwał, nie pochodził jednak z polany, gdzie zdarzyło się coś złego.
Może było to dzieło tej kobiety.
Ta myśl sprawiła, że Mackenzie nie wygłosiła innej, krążącej jej uparcie po głowie: chyba, kurwa, żartujesz. Bo kto wie, czy te wygasające iskry nie były celowe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że chciała odprawiać rytuał, chociaż magia nie działała. Oczywiście, Greengrass wiedziała, że tancerka mogła się ich pozbyć, gdy spali, ale…
…nie. Nie zamierzała brać udziału w niezidentyfikowanych rytuałach w głębi kniei, w noc Beltaine, z obcą kobietą. Zwłaszcza, że jej historia poruszała we wnętrzu Mackenzie pewne struny, i melodia, jaką wygrywały, była gorzka i smutna: piosenka o córce kobiety, dla której zdradzono i która sama została potem zdradzona.
- Sama znajdę drogę - powiedziała więc po prostu. Ruszyła w stronę drzew, choć wcześniej obróciła się jeszcze na moment. - Powinnaś o nim zapomnieć. Drań nie jest tego wart.
Nie znała się na klątwach i złej magii. Ale pewne rzeczy wiedziała aż za dobrze. Mężczyźni nie potrzebują magii, aby zdradzać i łamać serca, a jeśli zrobią to raz, w jednym przypadku, zrobią ponownie. Zaś Matka Księżyca pozostaje głucha na wszelkie modły, jakie wznoszą ku niej śmiertelnicy.
Mackenzie była na to wszystko żywym dowodem.
Gdyby nie cała ta sytuacja – przedziwny wiatr, utrata magii, ciało obolałe po upadku – pewnie nietypowo dla siebie, roześmiałaby się na zapewnienia tej kobiety, że to do niego niepodobne, że to magia, na pewno magia. Ale teraz nie było Mackenzie do śmiechu. Nie wiedziała, gdzie są. Nie wiedziała, kim jest ta kobieta, a pomoc w dopełnieniu rytuału, zdawała się Greengrass brzmieć… mrocznie. Kto wie, co takiego mieliby zrobić? Ba, zaczęła nawet podejrzewać, że może ten wiatr, który ich porwał, nie pochodził jednak z polany, gdzie zdarzyło się coś złego.
Może było to dzieło tej kobiety.
Ta myśl sprawiła, że Mackenzie nie wygłosiła innej, krążącej jej uparcie po głowie: chyba, kurwa, żartujesz. Bo kto wie, czy te wygasające iskry nie były celowe. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że chciała odprawiać rytuał, chociaż magia nie działała. Oczywiście, Greengrass wiedziała, że tancerka mogła się ich pozbyć, gdy spali, ale…
…nie. Nie zamierzała brać udziału w niezidentyfikowanych rytuałach w głębi kniei, w noc Beltaine, z obcą kobietą. Zwłaszcza, że jej historia poruszała we wnętrzu Mackenzie pewne struny, i melodia, jaką wygrywały, była gorzka i smutna: piosenka o córce kobiety, dla której zdradzono i która sama została potem zdradzona.
- Sama znajdę drogę - powiedziała więc po prostu. Ruszyła w stronę drzew, choć wcześniej obróciła się jeszcze na moment. - Powinnaś o nim zapomnieć. Drań nie jest tego wart.