Żadne konkretne wierzenia nie trzymały się Martina, ale ufał ludzkim instynktom i uczuciom. Nigdy nie negował istnienia sił wyższych, nie uznawał też napotkanej kobiety za szalonej z powodu jej wiary w bliżej nieokreśloną bogini. Skoro czarownica potrzebowała ich pomocy w formie wsparcia, a nie profesjonalnego wzięcia sprawy w swoje ręce, chyba mogli to zrobić, prawda?
Albo i nie, bo Mackenzie postanowiła opuścić to przypadkowe zgromadzenie. A jej słowa... Martin już je słyszał. Od swojej najstarszej, cynicznej siostry. Żyjąc w otoczeniu gromady kobiet i będąc ich ulubieńcem, nie w sposób uniknąć ploteczek o sprawach sercowych. Martin mógł wydawać się nieporadny życiowo i gdyby sam zabrał się za flirt, nie wiedziałby gdzie zacząć. Ale nie w tym przypadku.
Martin miał jeszcze jedno źródło wiedzy w tych tematach — poezja. Człowiek usychajacy z tęsknoty, absolutnie wyzbywający się siebie z miłości, mógłby istnieć tylko w wierszach. Ale istniał jeden sposób na wcielenie takiego tragizmu w arkany rzeczywistości. Klątwy. Zaczarowane amulety. Eliksiry miłosne.
— Rozumiem, że pani dokładnie wie, co jest przyczyną zachowania męża, skoro przygotowała pani rytuał... Tylko czy to zadziała, skoro tu nie ma magii? Jaki związek ma z tym wszystkim brak magii?
Ponowił w pewnym sensie swoje pytanie. Jak najbardziej był chętny, by pomóc, ale musiał się upewnić, że nie jest podstępem wciągany w wywoływanie szatana, czy innych potworów. Beltane to dobre miejsce na łapanie młodzieży rozromantyzowanej herbatką z amortencją, która bezmyślnie odda się pomocy zranionym sercom. Niestety Martin do nich nie należał.