29.03.2023, 23:48 ✶
Przelewanie krwi dla samego przelewania nie miało szczególnie zbyt wiele sensu. Śmierć powinna coś znaczyć, choć nie w tym kontekście, w jakim potrafili to ujmować pisarze. Być przestrogą dla innych, którzy próbowaliby podążyć tę samą ścieżką, co ci usunięci z tego świata. W końcu czarodziejska krew, jakkolwiek by nie patrzeć, była na swój sposób cenna – szkoda, żeby się tak po prostu marnowała, wsiąkając w ziemię.
Tak że robienie „nic” właściwie było najlepszą opcją. Przynajmniej w oczach Alanny. Bo wtedy te wszystkie zebrane tu szczury mogły mieć szansę na przeżycie – o ile tylko odpowiednio się by ukorzyły. Tylko tyle i aż tyle.
Za to dla próbujących się postawić, nie miało być żadnej litości.
Tak, wielka szkoda, że należało ludziom dość dobitnie przypominać, iż słuszna jest tylko jedna droga. Droga Czarnego Pana, oczywiście, bo jakaż by inna?
Gdyby nie miała maski, bez problemu zauważono by triumfalny uśmiech, rozlewający się na wargach. Ale miała – i jedyne, co mogło świadczyć o jakiejkolwiek reakcji na słowa mężczyzny, to błysk w oczach. Miękł – a przynajmniej tak sądziła. Miękł – czyli istniała szansa na to, że wizyta tutaj nie będzie tak bardzo bezowocna, jak jeszcze przed chwilą mogłoby się wydawać.
Doskonale, może ten szczurek nawet ocali swoją głowę… byleby tylko nie próbował znowu podskakiwać. Przetoczyła zwinnie różdżkę między palcami, poniekąd się nią bawiąc. I może nawet pokazując w ten sposób, że zdecydowanie czuła się tu i teraz panią sytuacji. I to takiej, że układ sił nie mógł się odwrócić.
Młoda i głupia…
- Chodzą słuchy, że ostatnio widziano tu… wysoki, blondyn, urwane pół ucha? Jak mu tam było? Rollo… nie, Rolf? Rodolph! Wiesz, złociutki... – kontynuowała, chyba nie dopuszczając do siebie zbytnio myśli, że ktoś może im przeszkodzić. Przesłuchać, wycisnąć jak cytrynę i zostawić bądź uczynić przykład – tylko tyle i aż tyle. A tu…!
W wycięciach maski dało się zauważyć białka oczu, gdy nimi przewracała. Ręce opadały, no po prostu…
- Zostań tu i wyciągaj informacje, masz wolną rękę – rzuciła do naśladowcy w pobliżu, po czym dźgnęła „pieszczotliwie” medyka różdżką w brzuch – I zalecam, złotko, się nie opierać, on nie jest tak wyrozumiały, jak ja... – zaszczebiotała, po czym odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę trzasku. Ktoś musiał to sprawdzić, a kto się nadawał do tego zadania lepiej niż ona sama?
No właśnie.
Stąd też szła całkiem pewnym krokiem, a poły czarnej szaty malowniczo powiewały. Przynajmniej nie opuściła różdżki – tę trzymała wciąż uniesioną na wypadek, gdyby trzeba było nagle przywoływać tarczę chroniącą przed atakiem jakiegoś półgłówka…
Tak że robienie „nic” właściwie było najlepszą opcją. Przynajmniej w oczach Alanny. Bo wtedy te wszystkie zebrane tu szczury mogły mieć szansę na przeżycie – o ile tylko odpowiednio się by ukorzyły. Tylko tyle i aż tyle.
Za to dla próbujących się postawić, nie miało być żadnej litości.
Tak, wielka szkoda, że należało ludziom dość dobitnie przypominać, iż słuszna jest tylko jedna droga. Droga Czarnego Pana, oczywiście, bo jakaż by inna?
Gdyby nie miała maski, bez problemu zauważono by triumfalny uśmiech, rozlewający się na wargach. Ale miała – i jedyne, co mogło świadczyć o jakiejkolwiek reakcji na słowa mężczyzny, to błysk w oczach. Miękł – a przynajmniej tak sądziła. Miękł – czyli istniała szansa na to, że wizyta tutaj nie będzie tak bardzo bezowocna, jak jeszcze przed chwilą mogłoby się wydawać.
Doskonale, może ten szczurek nawet ocali swoją głowę… byleby tylko nie próbował znowu podskakiwać. Przetoczyła zwinnie różdżkę między palcami, poniekąd się nią bawiąc. I może nawet pokazując w ten sposób, że zdecydowanie czuła się tu i teraz panią sytuacji. I to takiej, że układ sił nie mógł się odwrócić.
Młoda i głupia…
- Chodzą słuchy, że ostatnio widziano tu… wysoki, blondyn, urwane pół ucha? Jak mu tam było? Rollo… nie, Rolf? Rodolph! Wiesz, złociutki... – kontynuowała, chyba nie dopuszczając do siebie zbytnio myśli, że ktoś może im przeszkodzić. Przesłuchać, wycisnąć jak cytrynę i zostawić bądź uczynić przykład – tylko tyle i aż tyle. A tu…!
W wycięciach maski dało się zauważyć białka oczu, gdy nimi przewracała. Ręce opadały, no po prostu…
- Zostań tu i wyciągaj informacje, masz wolną rękę – rzuciła do naśladowcy w pobliżu, po czym dźgnęła „pieszczotliwie” medyka różdżką w brzuch – I zalecam, złotko, się nie opierać, on nie jest tak wyrozumiały, jak ja... – zaszczebiotała, po czym odwróciła się na pięcie i podążyła w stronę trzasku. Ktoś musiał to sprawdzić, a kto się nadawał do tego zadania lepiej niż ona sama?
No właśnie.
Stąd też szła całkiem pewnym krokiem, a poły czarnej szaty malowniczo powiewały. Przynajmniej nie opuściła różdżki – tę trzymała wciąż uniesioną na wypadek, gdyby trzeba było nagle przywoływać tarczę chroniącą przed atakiem jakiegoś półgłówka…
408/1064