Uniósł wzrok na blondyna. Cieszył się, że udało mu się wywiązać z obietnicy, jaką mu złożył na początku przyjęcia. Chociaż w trakcie balu zaczynał wątpić, aby udało mu się wyrwać i spędzić z nim czas, tak teraz było to faktem i czuł się z tym niebywale dobrze. Praktycznie zapomniał o tym, że na dole wciąż bawili się najwytrwalsi goście, którzy mogli potrzebować towarzystwa organizatorów. Inni się tym zajmą. On miał teraz inne rozrywki i inne towarzystwo w głowie.
— Z innym orężem też sobie całkiem dobrze radzę — rzucił mimochodem, strzelając kostkami w palcach, nieświadom możliwej dwuznaczności swych słów. — Chociaż nie mam ostatnio z kim ćwiczyć. Ciężko w tych czasach o dobrego partnera do szermierki. — Westchnął cicho. — Nie te czasy. Ludzie już nie noszą przy sobie rapierów czy mieczy. — Machnął ręką, jakby nieco podirytowany, tym jak teraz wygląda ta kwestia w społeczeństwie czarodziejów.
Niektóre rodziny czystej krwi dalej kultywowały dawne tradycje. Nawet Longbottomowie, tak różni od reszty tego towarzystwa, uczyli najmłodszych z rodu, jak posługiwać się bronią białą. W przypadku Erika nie były to najbardziej emocjonujące treningi. Chociaż za młodu sprawiało mu to sporo radości, tak ciągłe ćwiczenie w tym samym gronie, zazwyczaj bliższych lub dalszych członków rodziny, sprawiało, że całe doświadczenie potrafiło spowszednieć. A biorąc pod uwagę niską popularność szermierki w obecnych czasach, znaleźć kogoś o podobnych zainteresowaniach, było jak szukanie igły w stogu siana.
— Właśnie widzę. Cieszę się, że pomogłem w podbiciu twojego samozadowolenia tego wieczoru — mruknął z udawaną pretensją, jakby zaczął podejrzewać, że Elliott wcale nie uratował go od smutnego losu z dobrego serca, a po to, żeby przeżyć mały dreszczyk emocji.
Uśmiechnął się półgębkiem.
— Owszem, czytałem — potwierdził bez zająknięcia, potwierdzając przypuszczenia blondyna. — Makbeth mnie zaskoczył. Jak na mugolską twórczość, opis zjawisk nadprzyrodzonych w związku z wiedźmami, przepowiedniami jest bardzo blisko naszym realiom. A Hamlet Szekspira... Cóż, było mi bardzo żal Ofelii i tego, jak skończyła. — Uśmiechnął się z niejakim żalem. Jego empatia była w nim tak głęboko zakorzeniona, że współczuł nawet postaciom z kart książek niemagicznych. Jeśli dobrze kojarzył, biedaczka utopiła się w strumyku. Okropny los. — W takim razie jesteśmy umówieni.
Skinął głową. Tak zapewne było bezpieczniej; zarówno dla Elliotta, jak i Brenny. Gdyby zdradził siostrze, komu chciał wypożyczyć kilka jej książek, zapewne zaczęłaby się wtrącać. Książki, komiksy i inne dzieła z kultury masowej były jej na tyle bliskie, że zmusiłaby go do złożenia przysięgi, że wszystkie pozycje z biblioteczki wrócą do niej w nienaruszonym stanie. Nie mówiąc już o tym, że mogła zacząć się doszukiwać jakiegoś spisku, że Malfoyowie „nagle” zaczęli gustować w książkach mugoli. Może by jeszcze wszczęła jakieś nieoficjalne śledztwo?
— Nasze światy są ze sobą związane. Żyjemy zbyt blisko siebie, żeby po prostu ignorować postęp drugiej grupy. Wprawdzie my jako tako mamy wgląd do ich społeczeństwa w czasach współczesnych, tak mugole raczej bazują na przeszłości. Rozumiesz, procesy czarownic i tak dalej. Te parę wieków temu aż tak się nie kryliśmy, więc przeniknęliśmy do ich świadomości. Tak jak wspomniałeś, być może zakorzeniło się to w nich na tyle głęboko, że nieświadomie sięgają ku nieznanemu — kontynuował wywód. — Może nawet próbują odwzorować nasze... techniki swoimi sposobami.
Nie miał na myśli samego praktykowania magii, ale raczej pomniejsze dziedziny. W trakcie, gdy czarodzieje mieli swoich eliksirowarów i aptekarzy odpowiedzialnych za tworzenie mikstur leczniczych z roślin, mugole mieli zielarzy. W Londynie pełno było takich sklepów. Erik wprawdzie wątpił, aby mieszanki ze stricte niemagicznych roślin były równie skuteczne, co te ze świata czarodziejów, jednak nie można było odmówić im tego, że zapewne miały jako tako pozytywny wpływ. Do tego dochodziła jeszcze kwestia wróżenia. U nich była to autentyczna dziedzina magii, coś, czemu ci, którzy jej ufali, potrafili zawierzyć życie. Podczas wizyt w niemagicznej części Londynu, rzuciły mu się czasami w oczy reklamy promujące takie „zabawy”.
— Wierzę, że ci się uda. Z językiem sobie radzisz bez zarzutu — Uniósł kieliszek wina do ust. — Zawsze możesz salwować się ucieczką — Uniósł brew w wyzywającym geście, aby po chwili wybuchnąć śmiechem. Mógłby powiedzieć o Elliocie wiele rzeczy, ale „tchórz” nie byłoby pierwszym określeniem, które przychodziło mu na myśl względem jego osoby. Prędzej nazwałby go kimś, kto mierzył siły na zamiary. — Brawura to cecha Gryfonów. Nawet jeśli wchodzisz to paszczy lwa, to myślę, że masz jakiś plan na wypadek, gdyby coś się stało. Sprytną zagrywkę, żeby obrócić sytuację na swoją korzyść.
Po tych słowach wbił wzrok w szachownicę i po krótkiej chwili namysłu przesunął jeden z pionów o dwa miejsca do przodu. Liczył się z tym, że raczej nie będzie to najbardziej emocjonujący pojedynek. Przez stępione alkoholem zmysły oboje stracą zapewne wiele figur, a wynik będzie zależał bardziej od szczęścia i nieuwagi drugiej strony, niźli pokazu wybitnych umiejętności.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞