30.03.2023, 14:02 ✶
Joseph nie uważał się za człowieka tchórzliwego. Jednocześnie, aby zachować pełny spokój i nieporuszoną minę, gdy wisisz do góry nogami i wiesz, że ludzie, którzy przyszli nie zawahają się ani przed zabiciem ciebie, ani pracownicy, którą cenisz – potrzeba albo kogoś bez instynktu samozachowawczego, albo straceńczo wręcz odważnego.
On nie należał do tych kategorii.
- Może Ro…Roger? – spytał dość niepewnie. Wysoki blondyn nie było wskazówką, Rollo, Rolf albo Rodolph również, ale niecodziennie trafiali mu się pacjenci, którzy stracili pół ucha. W jego klinice nie było aż takiego ruchu, jak w świętym Mungu. Rozważał przez chwilę, ale uznał, że i tak wyciągną z niego informacje, a tak naprawdę nie wiedział tak dużo, aby faktycznie mogło zaszkodzić to owemu Rogerowi… bardziej. Bo skoro już go szukali, chłopak miał ogromnego pecha. – Był tutaj. Dwa dni temu. Powiedział, że przypadkiem dostał zaklęciem. Zapłacił monetami, nie zostawił adresu, nie wiem, wyszedł po paru godzinach… Nie wiem dokąd, wspominał tylko coś o tym, że nie może wrócić na kontrolę, bo planuje wyjazd. Na pewno nie pochodzi z Little Hangleton, nigdy go tutaj nie widziałem – wyrzucił z siebie pośpiesznie, zezując to na Annie, to na recepcjonistkę. Można było powiedzieć, że Carrow otrzymała przynajmniej część informacji, których potrzebowali: człowiek, którego szukali, żył, faktycznie był w tej klinice, obecnie nie przebywał w Little Hangleton i jeśli nie okłamał Josepha, szykował się do opuszczenia okolic Londynu, a może i kraju.
Nikt nie zaatakował Alanny, gdy przeszła korytarzem dalej. Przyszli to zwykłej kliniki, gdzie wprawdzie pracownicy czy pacjenci oczywiście mogli się bronić, ale też nie spodziewali się ataku i nie należeli do ludzi jakoś szczególnie wyćwiczonych w pojedynkach. Na tyłach kliniki znajdowały się trzy pomieszczenia – jedno było chyba gabinetem zabiegowym, drugie składzikiem, oba była puste i otwarte. Drzwi do trzeciego ktoś jednak zablokował zaklęciem oraz najwyraźniej jakimiś meblami, bo by dostać się do środka, kandydatka na śmierciożerczynię musiała je wysadzić.
Kiedy to zrobiła, niestety… pokój okazał się dalej pusty. W kominku za to płonął ogień, a okno było uchylone.
Ktoś im uciekł, albo korzystając z sieci Fiuu, albo wydostał się oknem. Wyglądało na to, że musieli się spieszyć i dokończyć to, po co przyszli jak najprędzej.
On nie należał do tych kategorii.
- Może Ro…Roger? – spytał dość niepewnie. Wysoki blondyn nie było wskazówką, Rollo, Rolf albo Rodolph również, ale niecodziennie trafiali mu się pacjenci, którzy stracili pół ucha. W jego klinice nie było aż takiego ruchu, jak w świętym Mungu. Rozważał przez chwilę, ale uznał, że i tak wyciągną z niego informacje, a tak naprawdę nie wiedział tak dużo, aby faktycznie mogło zaszkodzić to owemu Rogerowi… bardziej. Bo skoro już go szukali, chłopak miał ogromnego pecha. – Był tutaj. Dwa dni temu. Powiedział, że przypadkiem dostał zaklęciem. Zapłacił monetami, nie zostawił adresu, nie wiem, wyszedł po paru godzinach… Nie wiem dokąd, wspominał tylko coś o tym, że nie może wrócić na kontrolę, bo planuje wyjazd. Na pewno nie pochodzi z Little Hangleton, nigdy go tutaj nie widziałem – wyrzucił z siebie pośpiesznie, zezując to na Annie, to na recepcjonistkę. Można było powiedzieć, że Carrow otrzymała przynajmniej część informacji, których potrzebowali: człowiek, którego szukali, żył, faktycznie był w tej klinice, obecnie nie przebywał w Little Hangleton i jeśli nie okłamał Josepha, szykował się do opuszczenia okolic Londynu, a może i kraju.
Nikt nie zaatakował Alanny, gdy przeszła korytarzem dalej. Przyszli to zwykłej kliniki, gdzie wprawdzie pracownicy czy pacjenci oczywiście mogli się bronić, ale też nie spodziewali się ataku i nie należeli do ludzi jakoś szczególnie wyćwiczonych w pojedynkach. Na tyłach kliniki znajdowały się trzy pomieszczenia – jedno było chyba gabinetem zabiegowym, drugie składzikiem, oba była puste i otwarte. Drzwi do trzeciego ktoś jednak zablokował zaklęciem oraz najwyraźniej jakimiś meblami, bo by dostać się do środka, kandydatka na śmierciożerczynię musiała je wysadzić.
Kiedy to zrobiła, niestety… pokój okazał się dalej pusty. W kominku za to płonął ogień, a okno było uchylone.
Ktoś im uciekł, albo korzystając z sieci Fiuu, albo wydostał się oknem. Wyglądało na to, że musieli się spieszyć i dokończyć to, po co przyszli jak najprędzej.