Rozchwiana i mętna, jak te odmęty, w których gnieżdżą się syreny – o temperamencie dorównującym jedynie uporowi; była w końcu przeraźliwie zepsuta, gdzieś u kryz samego serca. Błąkała się po padole jak te mary, zaklęte w czasie, szukające swojego oddechu; nikt jej nie kazał prząść swej ścieżki pośród rzęsistych deszczy majowych; nikt nie kazał jej odpiłowywać gałęzi magnolii przy skwerze – istniała z pobudek egoistycznych i nade wszystko egzaltowanych. Otwarta, przyjazna i pogodna stanowiła jedynie swoistą maskę, pod którą skrywała charakter brudny i wielokroć pokiereszowany. Gotowa krzywdzić dokładnie tak, jak krzywdzona była – przekuwała figlarne uśmiechy w złowieszcze grymasy.
– Zawsze uważam na siebie – odparła miękko. – I na ciebie, nie wybaczyłabym sobie, gdyby cokolwiek ci się stało – zapewniła gorliwie, moszcząc na wargach pełen troski uśmiech, uginający się pod zmarszczonymi gęstymi brwiami.
W miarę jego słów, urokliwy uśmiech przekształcał się coraz silniej w pełen dezaprobaty i złości grymas. Rozciągnął jej wargi nieprzyjemnie, gdy poderwała się z fotela, skracając ich dystans na werandzie o parę kroków. Zimne powietrze kuło w nozdrza, jednak nie przeszkadzało jej to w żadnej mierze.
Złość przejęła kontrolę.
– Nie będziemy w ten sposób rozmawiać, Louvainie. Widzę twoje przewracanie oczami, widzę, wszystko widzę – wybuchła, gasząc papierosa o jedną z desek. – Moje życie się zatrzymało? Moje? – zabrzmiała agresywną retoryką. – To twoje życie stoi w miejscu. Brzydzę się tym, jak inne priorytety mamy – ty byś najchętniej już zmieniał pieluchy, ja dążę do samorozwoju, więc błagam, nie wywyższaj się – prychnęła.
Przez moment patrzyła na niego rozeźlona, na dnie tęczówek chowając niemy wyrzut. Przez scenę myśli przetoczył się ogrom obelg, którymi mogłaby go obarczyć, zamiast tego jednak, odwróciła się i pewnym krokiem zniknęła za zakrętem.
Musiała zaznać świeżego powietrza, aby pąs złości opuścił jej policzki.