Jej wargi rozciągnął uśmiech drapieżny i brutalny w swojej formie i choć był niedostrzegalny pod całunem maski – niewątpliwie się tam znajdował. Naturalna ostoja pogody ducha i towarzyskiego drygu, momentalnie przekuła się w bestialską, nieposiadającą sentymentów ani skrupułów kobietę, której mikry wzrost jedynie podkreślał okrucieństwa, do których zdolna była. Ekstaza rozmywająca się w jej chwiejnej posturze, została podkreślona przez salwę gwałtownego śmiechu – diabolicznego i nade wszystko niepokojącego. Coś niebezpiecznego zawierało się w tym trelu, melodyjnym i barwnym; ostatnim kopnięciem potraktowała zwijającego się konwulsyjnie mężczyznę, o połamanej dłoni i twarzy wykrzywionej w ciężkim bólu.
Zacisnęła dłoń na ramieniu kobiety, sprowadzając ją na zaplecze, gdzie Rookwood dopełniał dzieła na charłaku. Jego posoka rozlała się z otwartego złamania, tworząc na podłodze rozmyte, czerwone róże krwi.
Dłoń przeniosła na włosy pracownicy, szarpiąc zań do góry, aż znalazła się tuż przed jej obliczem. Wbiła w nią spojrzenie bezwzględne i o okrutnym rysie – jej zaś, zawierające w sobie iskry lęku, przeszklone jakby niebawem miały zaznaczyć policzki szklistymi ścieżkami łez, wpatrywały się w nią błagalnie.
Przecież nie posiadała za grosz skrupułów.
– Och, pomyślałam, że zechcesz to zobaczyć – odparła miękko.
Gdy puściła ją, ta opadła na kolana i wbiła w nią spojrzenie błagalne, pełne strachu i obawy o własne życie – wyjątkowo słusznie. Machnęła różdżką gwałtownie, zaklęciem przecinając jej gardło; krew trysnęła na wszystkie strony, również na jej dłonie, gdy truchło legło między nimi.
Podeszła doń, butem trącając martwe ciało, zupełnie jakby chciała się upewnić, czy ostatnie tchnienie zostało opuszczone przez jej usta.
– Wolę nie brudzić sobie dłoni, ale nie mogłam się powstrzymać – rzekła, unosząc wzrok na mężczyznę.