31.03.2023, 21:43 ✶
Cmentarna zmiana była mieczem obosiecznym. Z jednej strony ekstra, że nikt już gitary nie zawracał, ale z drugiej nic się nie działo. Klasycznie, czas płynął wolniej niż tonąca czarownica z kamieniem u nogi, a jak człowiekowi się nudzi, to albo szlag go trafia, albo głupie pomysły nachodzą.
W przypadku tutejszego zgromadzenia chyba obydwa na raz.
- A co, widział, jak rąk po sikaniu nie myjesz? - zapytała Silasa całkiem szczerze, kiedy przytoczył epitety nieprzyjemnego jegomościa skierowane w swoją stronę. Dione była bystra jak nurt w kałuży, a więc potrzebowała dłuższej chwili niż reszta, żeby połączyć brud z anegdoty z teorią czystości krwi. Szkoda tylko, że podczas analizy wypowiedzi kolegi z pracy nie postanowiła trzymać języka za zębami. - Aaa, w sensie, że jesteś czarodziejem z przypadku? No i co z tego? On pewnikiem był dzieckiem z przypadku, a jakoś nie naplułeś mu do kufla? - Potrząsnęła głową, nie rozumiejąc, w czym sensacja. Co ich tak obchodziło, ile czarodziei mieli w życiorysie? Dio była przekonana, że czystość krwi ma tyle do bycia specjalnym, co piernik do wiatraka. Gdyby miała się przekładać na umiejętności czarodziejskie i inteligencję, to w przypadków Fletcherów, ich starego na drodze do matki niechybnie musiał wyprzedzić pies.
- BUMelantami się nie martw, masz w drużynie specjalistów. Wyteleportuję was wszystkich z miejsca zbrodni, zanim zdążą poprawnie wypowiedzieć Lumos. - W sensie w trymiga, bo miała wrażenie, że tylko upośledzeni mogliby się pomylić w czymś tak łatwym. - I nie musisz proponować dwa razy, Silos. Mam wrażenie, że jak napiszemy, że robi herbatę z wody po parówkach, to nawet nie skłamiemy. - Chyba nikogo nie dziwiło, że Dione była chętna do wejścia na pokład wandalizmu. - Billy, masz jeszcze gdzieś pod ręką tę farbę, którą pisałeś po murach "Heather, kocham cię, wróć do mnie"? Przysięgam, ona nie zlazła nawet po deszczu, nadałaby się w sam raz - zapytała całkiem poważnie, ale spojrzała na brata tak, jakby się naśmiewała. Czyli jak zwykle. Pewnie zaraz się pobiją.
W przypadku tutejszego zgromadzenia chyba obydwa na raz.
- A co, widział, jak rąk po sikaniu nie myjesz? - zapytała Silasa całkiem szczerze, kiedy przytoczył epitety nieprzyjemnego jegomościa skierowane w swoją stronę. Dione była bystra jak nurt w kałuży, a więc potrzebowała dłuższej chwili niż reszta, żeby połączyć brud z anegdoty z teorią czystości krwi. Szkoda tylko, że podczas analizy wypowiedzi kolegi z pracy nie postanowiła trzymać języka za zębami. - Aaa, w sensie, że jesteś czarodziejem z przypadku? No i co z tego? On pewnikiem był dzieckiem z przypadku, a jakoś nie naplułeś mu do kufla? - Potrząsnęła głową, nie rozumiejąc, w czym sensacja. Co ich tak obchodziło, ile czarodziei mieli w życiorysie? Dio była przekonana, że czystość krwi ma tyle do bycia specjalnym, co piernik do wiatraka. Gdyby miała się przekładać na umiejętności czarodziejskie i inteligencję, to w przypadków Fletcherów, ich starego na drodze do matki niechybnie musiał wyprzedzić pies.
- BUMelantami się nie martw, masz w drużynie specjalistów. Wyteleportuję was wszystkich z miejsca zbrodni, zanim zdążą poprawnie wypowiedzieć Lumos. - W sensie w trymiga, bo miała wrażenie, że tylko upośledzeni mogliby się pomylić w czymś tak łatwym. - I nie musisz proponować dwa razy, Silos. Mam wrażenie, że jak napiszemy, że robi herbatę z wody po parówkach, to nawet nie skłamiemy. - Chyba nikogo nie dziwiło, że Dione była chętna do wejścia na pokład wandalizmu. - Billy, masz jeszcze gdzieś pod ręką tę farbę, którą pisałeś po murach "Heather, kocham cię, wróć do mnie"? Przysięgam, ona nie zlazła nawet po deszczu, nadałaby się w sam raz - zapytała całkiem poważnie, ale spojrzała na brata tak, jakby się naśmiewała. Czyli jak zwykle. Pewnie zaraz się pobiją.