01.04.2023, 02:13 ✶
Nie, to nie Rookwood miał wyjątkowe spojrzenie. To Danielle, przynajmniej według jego osobistych obserwacji, nosiła w sobie coś niezwykłego. Gdyby było inaczej, nie czułby się przy niej tak dobrze i niewłaściwie jednocześnie. I chociaż zazwyczaj nie wiedział co powiedzieć, przy niej trochę bardziej niż przy całej reszcie, chciał dobrze wypaść.
Nawet jeśli robił to częściowo nieświadomie. Jak z tym krawatem.
Krawat był rzeczywiście nowy, choć wyglądał bardzo podobnie do wszystkich innych krawatów, które miał. Ulysses nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że wstrzymał oddech. I nie wiedział czemu to zrobił. Uwaga była miła. Naprawdę miła. Nawet jeśli nigdy nie przyszło mu do głowy by dobierać ubrania do koloru swoich oczu. W ogóle nie myślał o swoich oczach.
- Tak. Jest nowy – przyznał się.
A potem przyszło mu się cieszyć, że obydwoje patrzyli na szczęśliwego szczeniaka. Zachowanie cudzego zwierzęcia przyjemnie przywracało do rzeczywistości. W dodatku Danielle sprawiała wrażenie zadowolonej, a on zaprosił ją do Hyde Parku tylko dlatego, że było tu dużo psów a ona lubiła psy. Oto cała tajemnica.
Choć gdyby miał powiedzieć prawdę, w środku naprawdę było miło. I obecność innych ludzi nie przytłacza tu aż tak bardzo, jak mogłaby.
- Hyde Park liczy około stu pięćdziesięciu dziewięciu hektarów co daje milion pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych a to z kolei wydaje się wystarczająco dużą powierzchnią by można było zaznać tu odrobiny ciszy i spokoju – rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy. Choć zaraz pojął, że gdyby miał być precyzyjny, ostateczna powierzchnia parku była mniejsza od podanej przez niego liczby o mniej więcej jedenaście tysięcy sześćset siedemdziesiąt metrów kwadratowych. A i to w przybliżeniu.
Ale może takie szczegóły nie niepokoiły umysłu Danielle. Może szczęśliwie nie zastanawiała się nad takimi rzeczami. A i on nie myślał o Hyde Parku wcale, póki nie zaczęła go zasypywać listami z żartami o psach, a skoro nie mógł jej podarować psa, to mógł przynajmniej zabrać ją do miejsca, gdzie było dużo psów.
Korciło go, żeby podać jej ramię, ale nie wiedział czy w ogóle zgodziłaby iść obok niego, trzymając się jego ręki. I jak wyglądałoby to z boku. A nawet nie z boku, ale w Danielle oczach. Stał, rozważając za i przeciw, a wtedy ona, kompletnie nieświadoma jego myśli, ruszyła przodem.
- Właściwie możemy tak zrobić – zgodził się z nią, jak na siebie wyjątkowo szybko. Rzeczywiście nie byli już dziećmi i mogli jeść to, na co mieli ochotę (nawet jeśli jako rodzice nie pozwoliliby własnym dzieciom na porcję lodów, słodkiego napoju i naleśników podczas jednego spaceru). – Więc… nie lubisz orzechów, ale lubisz kawę. Dużo kawy – powiedział, kierując się za nią w stronę ich pierwszego przystanku. – I sorbety owocowe. Malinowe najbardziej?
Nawet jeśli robił to częściowo nieświadomie. Jak z tym krawatem.
Krawat był rzeczywiście nowy, choć wyglądał bardzo podobnie do wszystkich innych krawatów, które miał. Ulysses nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że wstrzymał oddech. I nie wiedział czemu to zrobił. Uwaga była miła. Naprawdę miła. Nawet jeśli nigdy nie przyszło mu do głowy by dobierać ubrania do koloru swoich oczu. W ogóle nie myślał o swoich oczach.
- Tak. Jest nowy – przyznał się.
A potem przyszło mu się cieszyć, że obydwoje patrzyli na szczęśliwego szczeniaka. Zachowanie cudzego zwierzęcia przyjemnie przywracało do rzeczywistości. W dodatku Danielle sprawiała wrażenie zadowolonej, a on zaprosił ją do Hyde Parku tylko dlatego, że było tu dużo psów a ona lubiła psy. Oto cała tajemnica.
Choć gdyby miał powiedzieć prawdę, w środku naprawdę było miło. I obecność innych ludzi nie przytłacza tu aż tak bardzo, jak mogłaby.
- Hyde Park liczy około stu pięćdziesięciu dziewięciu hektarów co daje milion pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych a to z kolei wydaje się wystarczająco dużą powierzchnią by można było zaznać tu odrobiny ciszy i spokoju – rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy. Choć zaraz pojął, że gdyby miał być precyzyjny, ostateczna powierzchnia parku była mniejsza od podanej przez niego liczby o mniej więcej jedenaście tysięcy sześćset siedemdziesiąt metrów kwadratowych. A i to w przybliżeniu.
Ale może takie szczegóły nie niepokoiły umysłu Danielle. Może szczęśliwie nie zastanawiała się nad takimi rzeczami. A i on nie myślał o Hyde Parku wcale, póki nie zaczęła go zasypywać listami z żartami o psach, a skoro nie mógł jej podarować psa, to mógł przynajmniej zabrać ją do miejsca, gdzie było dużo psów.
Korciło go, żeby podać jej ramię, ale nie wiedział czy w ogóle zgodziłaby iść obok niego, trzymając się jego ręki. I jak wyglądałoby to z boku. A nawet nie z boku, ale w Danielle oczach. Stał, rozważając za i przeciw, a wtedy ona, kompletnie nieświadoma jego myśli, ruszyła przodem.
- Właściwie możemy tak zrobić – zgodził się z nią, jak na siebie wyjątkowo szybko. Rzeczywiście nie byli już dziećmi i mogli jeść to, na co mieli ochotę (nawet jeśli jako rodzice nie pozwoliliby własnym dzieciom na porcję lodów, słodkiego napoju i naleśników podczas jednego spaceru). – Więc… nie lubisz orzechów, ale lubisz kawę. Dużo kawy – powiedział, kierując się za nią w stronę ich pierwszego przystanku. – I sorbety owocowe. Malinowe najbardziej?