01.04.2023, 02:13 ✶
Alanna i Ulysses. Stali naprzeciw siebie, patrząc na siebie nawzajem. Nie powinno ich tu być – żadnego z tej dwójki – a jednak: znaleźli się tutaj, w tym samym miejscu i w tym samym celu, nawet jeśli motywy mieli zgoła inne.
I nawet jeśli nie podejrzewali raczej – a już na pewno nie Alanna – że w tej chwili, w dokładnie tej sprawie, stali po tej samej stronie. Bo przecież Rookwood był aż do bólu dokładny perfekcyjny, to wręcz oczywiste, że musiał się upewnić, czy wszelkie ulotki się rozeszły. Bo może dałoby się jeszcze komuś je wcisnąć, gdyby cokolwiek jeszcze pozostało?
Może.
Z drugiej strony – pewne zastanowienie budził fakt, że stał tu tak, jak pojawił się na Beltane. Stanowiło to swego rodzaju… niechlujstwo.
Może nawet i Ulysses miał jakieś granice, za którymi opadała maska perfekcyjności?
Skinęła powoli głową. Tak, wyglądało na to, że dokładnie właśnie tak było. Przynajmniej jeśli chodziło o tę część planu.
- Owszem. Ludzie lubią promocje, trudno, żeby ulotki się nie rozeszły – stwierdziła, siląc się na obojętny ton. Głupi mugole, dali się złapać niczym rybki na haczyk, jeden po drugim…
… cóż, zapewne nie ma co liczyć, że te parę ulotek, co pozostawiła w toalecie, nadal tam się znajdowało. Bo jeszcze i taką myśl złapała – żeby pośpieszyć w tamtą stronę, chwytając się wątłej iskierki nadziei, że może jednak. Nie, nie „może jednak”, jak sama dopiero co stwierdziła – ludzie lubili promocje.
Lubili też alkohol, a fakt, iż mieli taki dzień tygodnia, jaki mieli, najwyraźniej absolutnie w niczym nie przeszkadzał.
Jeszcze przez chwilę tkwiła na miejscu, odprowadzając Rookwooda spojrzeniem. Właściwie to powinna się była odwrócić, odejść, zaszyć się gdzieś. Byle dalej od chaosu, jaki musiał wybuchnąć, a do którego jednocześnie sama – w pewnej części – przyłożyła rękę. A jednak… jednak. Koniec końców zdecydowała się podążyć za mężczyzną i opaść na ławkę obok niego. Nie bezpośrednio obok, zachowując pewien odstęp, rzecz jasna.
Milczała długą chwilę, wpatrując się niewidzącym wzrokiem gdzieś przed siebie, pozwalając myślom dość swobodnie błądzić. Tyle że one w swej swobodzie uparcie wracały, raz po raz, do sceny, jakiej była świadkiem, rozkrwawiając coraz mocniej niewidzialną ranę.
- Na Merlina, co za zjebany dzień – wyrzuciła w końcu z siebie – Wiesz, jest Beltane, a… właśnie widziałam, jak mój facet całuje inną.
Zmęczenie. Tylko tyle i aż tyle wylewało się z Carrow; jeśli jakakolwiek złość się w niej tliła, to pozostawała starannie ukryta. Inna sprawa, że naprawdę nie miała prawa być zła – tyle że przecież nikt, poza nią samą tego nie wiedział.
I nawet jeśli nie podejrzewali raczej – a już na pewno nie Alanna – że w tej chwili, w dokładnie tej sprawie, stali po tej samej stronie. Bo przecież Rookwood był aż do bólu dokładny perfekcyjny, to wręcz oczywiste, że musiał się upewnić, czy wszelkie ulotki się rozeszły. Bo może dałoby się jeszcze komuś je wcisnąć, gdyby cokolwiek jeszcze pozostało?
Może.
Z drugiej strony – pewne zastanowienie budził fakt, że stał tu tak, jak pojawił się na Beltane. Stanowiło to swego rodzaju… niechlujstwo.
Może nawet i Ulysses miał jakieś granice, za którymi opadała maska perfekcyjności?
Skinęła powoli głową. Tak, wyglądało na to, że dokładnie właśnie tak było. Przynajmniej jeśli chodziło o tę część planu.
- Owszem. Ludzie lubią promocje, trudno, żeby ulotki się nie rozeszły – stwierdziła, siląc się na obojętny ton. Głupi mugole, dali się złapać niczym rybki na haczyk, jeden po drugim…
… cóż, zapewne nie ma co liczyć, że te parę ulotek, co pozostawiła w toalecie, nadal tam się znajdowało. Bo jeszcze i taką myśl złapała – żeby pośpieszyć w tamtą stronę, chwytając się wątłej iskierki nadziei, że może jednak. Nie, nie „może jednak”, jak sama dopiero co stwierdziła – ludzie lubili promocje.
Lubili też alkohol, a fakt, iż mieli taki dzień tygodnia, jaki mieli, najwyraźniej absolutnie w niczym nie przeszkadzał.
Jeszcze przez chwilę tkwiła na miejscu, odprowadzając Rookwooda spojrzeniem. Właściwie to powinna się była odwrócić, odejść, zaszyć się gdzieś. Byle dalej od chaosu, jaki musiał wybuchnąć, a do którego jednocześnie sama – w pewnej części – przyłożyła rękę. A jednak… jednak. Koniec końców zdecydowała się podążyć za mężczyzną i opaść na ławkę obok niego. Nie bezpośrednio obok, zachowując pewien odstęp, rzecz jasna.
Milczała długą chwilę, wpatrując się niewidzącym wzrokiem gdzieś przed siebie, pozwalając myślom dość swobodnie błądzić. Tyle że one w swej swobodzie uparcie wracały, raz po raz, do sceny, jakiej była świadkiem, rozkrwawiając coraz mocniej niewidzialną ranę.
- Na Merlina, co za zjebany dzień – wyrzuciła w końcu z siebie – Wiesz, jest Beltane, a… właśnie widziałam, jak mój facet całuje inną.
Zmęczenie. Tylko tyle i aż tyle wylewało się z Carrow; jeśli jakakolwiek złość się w niej tliła, to pozostawała starannie ukryta. Inna sprawa, że naprawdę nie miała prawa być zła – tyle że przecież nikt, poza nią samą tego nie wiedział.