01.04.2023, 02:40 ✶
Rzeczywiście.
Alanna i Ulysses. Ulysses i Alanna. Dwa przeciwieństwa. Ogień i woda. Głośna, trajkocząca, trochę szalona Carrow i do bólu ułożony, zimny, wiecznie spięty Rookwood. Ona nie zastanawiała się nad tym, co jej ślina na język naniosła, on trzy razy obracał każde słowo w myślach, zanim decydował się wreszcie je wyrzucić z siebie.
A jednak stali naprzeciwko siebie. Połączeni jedną sprawą, ale różnymi motywacjami. Tylko o tym nie wiedzieli, a przynajmniej Ulysses nie wiedział, co sprowadziło tu Alannę. Może miała jeszcze jedno zadanie? Może miała go sprawdzić? Ale po co miałaby to robić? Potrząsnął głową.
Siadając na ławce, miał tylko nadzieję, że żaden mugol nie spadnie na Danielle lub jego ojca. Ostatecznie mógłby spaść na Samuela Carrowa, choć może lepiej i na niego nie, bo uzdrowicielka na pewno poświęciłaby mu po tym mnóstwo uwagi. O ile naturalnie oboje przetrwaliby pojawienie się Czarnego Pana na Polanie Ognisk. Tego ostatniego Ulysses wcale nie mógł być pewien, bo oboje nie wyglądali na takich, którzy dobrze radziliby sobie w walce a on raczej nie zdołał ich przekonać, by się wynieśli jak najszybciej.
Pogrążony swoimi myślami, w pierwszej chwili, Ulysses wcale nie pojął, że Alanna ruszyła za nim. To dopiero jej melodyjny głos sprawił, że uniósł głowę i popatrzył na nią dłużej.
O czym ona, na Merlina, mówiła?
A potem uświadomił sobie, że przecież musiała istnieć też jakaś inna strona Carrow, której nie znał, bo i nie bardzo miał, jak ją poznać. Nie Carrow-współpracownica z biura i nie Carrow-śmierciożerczyni. Carrow-czyjaś dziewczyna. Carrow-zmęczona życiem. Carrow-ludzka.
- Podarowała twojemu kuzynowi wieniec a on się wspiął na pal jak pierdolona kozica górska – wyrzucił z siebie w odpowiedzi. – A potem rzuciła mu się na szyję.
Zdaje się, że obydwoje mieli zjebany dzień. Wyjątkowo zjebany, nawet jeśli początkowo – przynajmniej w jego przypadku, nic nie zapowiadało katastrofy. Rankiem naprawdę wydawało mu się, że rozłożenie ulotek w metrze to dobry pomysł. Ryzykowny, ale dobry. Wszystko było dobrym pomysłem, o ile tylko mogło pomóc ojcu.
Ale chodząc między straganami, zdał sobie sprawę jak wielu czarodziei nie zostało poinformowanych o ataku. I nawet nie chodził o mugolaków. Chodziło o czystokrwistych, takich jak Shafiq lub półkrwi jak Danielle.
Zachichotał, uzmysławiając sobie cały absurd tej sytuacji. Chichot w wydaniu Ulyssesa brzmiał dziwnie, ale też uwypuklał tylko to, co on czuł od początku tej rozmowy. Stał się katalizatorem, drzemiących w nim lęków i rozżalenia.
- Wiesz, że oni mogą im pospadać na głowy? – zapytał cicho.
Alanna i Ulysses. Ulysses i Alanna. Dwa przeciwieństwa. Ogień i woda. Głośna, trajkocząca, trochę szalona Carrow i do bólu ułożony, zimny, wiecznie spięty Rookwood. Ona nie zastanawiała się nad tym, co jej ślina na język naniosła, on trzy razy obracał każde słowo w myślach, zanim decydował się wreszcie je wyrzucić z siebie.
A jednak stali naprzeciwko siebie. Połączeni jedną sprawą, ale różnymi motywacjami. Tylko o tym nie wiedzieli, a przynajmniej Ulysses nie wiedział, co sprowadziło tu Alannę. Może miała jeszcze jedno zadanie? Może miała go sprawdzić? Ale po co miałaby to robić? Potrząsnął głową.
Siadając na ławce, miał tylko nadzieję, że żaden mugol nie spadnie na Danielle lub jego ojca. Ostatecznie mógłby spaść na Samuela Carrowa, choć może lepiej i na niego nie, bo uzdrowicielka na pewno poświęciłaby mu po tym mnóstwo uwagi. O ile naturalnie oboje przetrwaliby pojawienie się Czarnego Pana na Polanie Ognisk. Tego ostatniego Ulysses wcale nie mógł być pewien, bo oboje nie wyglądali na takich, którzy dobrze radziliby sobie w walce a on raczej nie zdołał ich przekonać, by się wynieśli jak najszybciej.
Pogrążony swoimi myślami, w pierwszej chwili, Ulysses wcale nie pojął, że Alanna ruszyła za nim. To dopiero jej melodyjny głos sprawił, że uniósł głowę i popatrzył na nią dłużej.
O czym ona, na Merlina, mówiła?
A potem uświadomił sobie, że przecież musiała istnieć też jakaś inna strona Carrow, której nie znał, bo i nie bardzo miał, jak ją poznać. Nie Carrow-współpracownica z biura i nie Carrow-śmierciożerczyni. Carrow-czyjaś dziewczyna. Carrow-zmęczona życiem. Carrow-ludzka.
- Podarowała twojemu kuzynowi wieniec a on się wspiął na pal jak pierdolona kozica górska – wyrzucił z siebie w odpowiedzi. – A potem rzuciła mu się na szyję.
Zdaje się, że obydwoje mieli zjebany dzień. Wyjątkowo zjebany, nawet jeśli początkowo – przynajmniej w jego przypadku, nic nie zapowiadało katastrofy. Rankiem naprawdę wydawało mu się, że rozłożenie ulotek w metrze to dobry pomysł. Ryzykowny, ale dobry. Wszystko było dobrym pomysłem, o ile tylko mogło pomóc ojcu.
Ale chodząc między straganami, zdał sobie sprawę jak wielu czarodziei nie zostało poinformowanych o ataku. I nawet nie chodził o mugolaków. Chodziło o czystokrwistych, takich jak Shafiq lub półkrwi jak Danielle.
Zachichotał, uzmysławiając sobie cały absurd tej sytuacji. Chichot w wydaniu Ulyssesa brzmiał dziwnie, ale też uwypuklał tylko to, co on czuł od początku tej rozmowy. Stał się katalizatorem, drzemiących w nim lęków i rozżalenia.
- Wiesz, że oni mogą im pospadać na głowy? – zapytał cicho.