01.04.2023, 09:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2023, 10:53 przez Brenna Longbottom.)
Chyba nawet sama kobieta zdawała się zaskoczona tym, że jej zapłacono i podetknięto pod nos list z rysunkiem. O dziwo, wzięła go i przyjrzała się mu uważnie.
- Wygląda znajomo – powiedziała, rzeczowym tonem, kontrastującym z tym, jakim wygłaszała wcześniej wróżby śmierci. – Na waszym miejscu popytałabym osób mieszkających na północ, od strony Lasu Wisielców.
Oddała Brennie kartkę, a potem odeszła, z wciąż zawodzącym lelkiem. Ta złożyła ją starannie i umieściła rysunek z powrotem w kieszeni.
- Ale się darł. Będzie pewnie padać – skwitowała, obracając się do Heather. Popytanie odłożyła już na kolejny dzień, zwłaszcza, że jeśli trop może być obiecujący, Patrick na pewno będzie chciał przy tym być. W końcu o ile same zaginięcia były sprawą BUMu, o tyle łapanie czarnoksiężników to już raczej sprawa dla aurorów.
- Tego typu… nie, chyba nie bardzo wiele. Bywa źle, ale rzadko aż tak źle– powiedziała, jak gdyby nigdy nic wracając do pytań, na które nie zdążyła wcześniej odpowiedzieć, ze względu na pojawienie się kobiety z lelkiem. Zamyśliła się jednak nad tym pytaniem, bo wbrew pozorom było bardzo poważne. W końcu Heather przystąpiła do BUM i czekały ją różne rzeczy. – Niestety, czasem zdarza się coś paskudnego. Na przykład mąż, który zabił całą rodzinę, a potem próbował zabić siebie. Nie czarnoksiężnik. Po prostu oszalał – mruknęła wciąż w zamyśleniu. To była jedna z gorszych spraw, na jakie natrafiła się w pierwszych latach swojej pracy. BUM miał różne uprawnienia. Czasem obstawiali imprezy, czasem dawali mandat za zbyt szybką jazdę na miotle, a czasem znajdowali dwoje dzieci, zadźganych nożem, bo ich ojciec nie potrafił rzucić żadnego bardziej skomplikowanego zaklęcia.
Ruszyła ku wiosce: zbliżały się do skraju lasu.
- Jeszcze dwa lata temu jednak to była raczej rzadkość, nie norma. Czystokrwiści rzadko angażują BUM, jest też trochę mniej przemocy domowej niż u mugoli. – Oczywiście, była, bo niektóre kobiety pozwalały na to z miłości. Ale w świecie czarodziejów każda z nich miała różdżkę i mogła znaleźć równie dobrą pracę, co mężczyzna. To nieco poprawiało te statystyki. – A czarnoksiężnicy i czarna magia to głównie śledztwa aurorskie. Ale odkąd pojawił się Voldemort…
Wzruszyła ramionami. Wood na pewno mogła sobie sama odpowiedzieć. Nagle pracy było więcej: tajemniczych zaginięć, pożarów, kradzieży. Nikt nie miał czasu przejmować się źle zaparkowaną miotłą. I coraz częściej też okazywało się, że w pozornie zwykłych przestępstwach maczał palce ktoś inny. Granice między wydziałami się zacierały. Czasem śledztwo BUM stawało się śledztwem dla aurorów. I niekiedy dalej współpracowali.
- Poza tym, mówiąc szczerze, Patrick czasem mnie wypożycza. Jestem widmowidzem. Można powiedzieć, że często oglądam śmierć. Nie wspominaj o tym, bo to niby nic tajnego, ale staram się, żeby poza bliskimi współpracownikami nie wiedział o tym cały świat – powiedziała Brenna, a potem…
…nad jej głową rozległ się trzask.
Konar z drzewa, rosnącego na skraju lasu, poleciał w dół. Dokładnie w chwili, gdy Brygadzistka pod nim przechodziła. Brenna cofnęła się w ostatnim momencie, potknęła i padła na trawę. Gdyby to walnęło ją w głowę – a jeśli by się nie poruszyła, tak właśnie by się stało – z dużym prawdopodobieństwem skończyłaby z rozłupaną czaszką.
- Wygląda znajomo – powiedziała, rzeczowym tonem, kontrastującym z tym, jakim wygłaszała wcześniej wróżby śmierci. – Na waszym miejscu popytałabym osób mieszkających na północ, od strony Lasu Wisielców.
Oddała Brennie kartkę, a potem odeszła, z wciąż zawodzącym lelkiem. Ta złożyła ją starannie i umieściła rysunek z powrotem w kieszeni.
- Ale się darł. Będzie pewnie padać – skwitowała, obracając się do Heather. Popytanie odłożyła już na kolejny dzień, zwłaszcza, że jeśli trop może być obiecujący, Patrick na pewno będzie chciał przy tym być. W końcu o ile same zaginięcia były sprawą BUMu, o tyle łapanie czarnoksiężników to już raczej sprawa dla aurorów.
- Tego typu… nie, chyba nie bardzo wiele. Bywa źle, ale rzadko aż tak źle– powiedziała, jak gdyby nigdy nic wracając do pytań, na które nie zdążyła wcześniej odpowiedzieć, ze względu na pojawienie się kobiety z lelkiem. Zamyśliła się jednak nad tym pytaniem, bo wbrew pozorom było bardzo poważne. W końcu Heather przystąpiła do BUM i czekały ją różne rzeczy. – Niestety, czasem zdarza się coś paskudnego. Na przykład mąż, który zabił całą rodzinę, a potem próbował zabić siebie. Nie czarnoksiężnik. Po prostu oszalał – mruknęła wciąż w zamyśleniu. To była jedna z gorszych spraw, na jakie natrafiła się w pierwszych latach swojej pracy. BUM miał różne uprawnienia. Czasem obstawiali imprezy, czasem dawali mandat za zbyt szybką jazdę na miotle, a czasem znajdowali dwoje dzieci, zadźganych nożem, bo ich ojciec nie potrafił rzucić żadnego bardziej skomplikowanego zaklęcia.
Ruszyła ku wiosce: zbliżały się do skraju lasu.
- Jeszcze dwa lata temu jednak to była raczej rzadkość, nie norma. Czystokrwiści rzadko angażują BUM, jest też trochę mniej przemocy domowej niż u mugoli. – Oczywiście, była, bo niektóre kobiety pozwalały na to z miłości. Ale w świecie czarodziejów każda z nich miała różdżkę i mogła znaleźć równie dobrą pracę, co mężczyzna. To nieco poprawiało te statystyki. – A czarnoksiężnicy i czarna magia to głównie śledztwa aurorskie. Ale odkąd pojawił się Voldemort…
Wzruszyła ramionami. Wood na pewno mogła sobie sama odpowiedzieć. Nagle pracy było więcej: tajemniczych zaginięć, pożarów, kradzieży. Nikt nie miał czasu przejmować się źle zaparkowaną miotłą. I coraz częściej też okazywało się, że w pozornie zwykłych przestępstwach maczał palce ktoś inny. Granice między wydziałami się zacierały. Czasem śledztwo BUM stawało się śledztwem dla aurorów. I niekiedy dalej współpracowali.
- Poza tym, mówiąc szczerze, Patrick czasem mnie wypożycza. Jestem widmowidzem. Można powiedzieć, że często oglądam śmierć. Nie wspominaj o tym, bo to niby nic tajnego, ale staram się, żeby poza bliskimi współpracownikami nie wiedział o tym cały świat – powiedziała Brenna, a potem…
…nad jej głową rozległ się trzask.
Konar z drzewa, rosnącego na skraju lasu, poleciał w dół. Dokładnie w chwili, gdy Brygadzistka pod nim przechodziła. Brenna cofnęła się w ostatnim momencie, potknęła i padła na trawę. Gdyby to walnęło ją w głowę – a jeśli by się nie poruszyła, tak właśnie by się stało – z dużym prawdopodobieństwem skończyłaby z rozłupaną czaszką.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.