Prędki rzut okiem na krawaty – ich wymyślne wyszycia, pstrokate wzory, haftem trące o opuszek palca, z oczywistych względów nie wpadały Williamowi w oko; nic straconego, gdyż sama Loretta uważała je za zbyt ekstrawaganckie w konflikcie z charakterem spędu. Jasnym przecież było, iż wycofany i nader spokojny – przynajmniej na zewnątrz – brat nie ucieknie się z chęcią do tego typu wyróżniania się z tłumu. Ona sama, niejednokrotnie ubrana jak wszetecznica, nie widziała absolutnie żadnych przeciwwskazań do brylowania i błyszczenia, znała jednak Williama na tyle, aby wiedzieć, iż stanowili dwa przeciwne bieguny. A przecież to on miał się czuć nader dobrze; przerzuciła więc spojrzenie na marynarki.
Wsunęła mu ponownie dłoń pod ramię, obdarzając go uśmiechem; jednym z tych serdeczniejszych.
– Pomarańcz zupełnie nie pasuje do twojej… – zamilkła, smakując słowa. – Do naszej urody. – Zamilkła, dotykając jednej spośród szat, oceniając materiał, z którego była wykonana.
– Och, faktycznie, ta koszula jest bardzo elegancka – rzekła, wzrok zatapiając w bordowym materiale. – Może zaproponuję kiedyś Eden, aby ci dobrała sukienkę na któreś z przyjęć? Chętnie zaobserwuję cię chodzącego na wysokich obcasach. Nie żeby było to konieczne, mi natura po prostu poskąpiła centymetrów i dla większości mężczyzn mogłabym być podłokietnikiem. Chyba rozumiesz patowość tej sytuacji – rzekła, jednak skupiona była na czymś zgoła odmiennym.
Chwyciła czarną, elegancką marynarkę, krawat z bordowymi akcentami – nierzucającymi się w oczy, ale jednocześnie stanowiącymi odrobinę ekstrawagancji. Wręczyła bratu naręcze ubrań, dłonią kierując go ku przymierzalni.
– Przebieraj się. Ocenimy jak będziesz wyglądać – rzekła, odchodząc od kotary, rozważając inne opcje – ot, gdyby ta nie była koniecznie trafiona.
Gdy tylko William wyszedł, zmrużyła oczy.
– Zapomnieliśmy o czymś ważnym – jakiego koloru będzie sukienka Eden? Musisz być dopasowany, a skoro zapuszczamy się poza klasyczną biel koszuli... – rzekła skupiona.