02.04.2023, 15:52 ✶
Ponownie przetoczyła różdżkę między palcami, jakby intensywnie nad czymś myśląc. Roger? Pierwsze litery się w pełni zgadzały, ale… nie. Nie Roger.
- Nie, zdecydowanie Rodolph – oświadczyła z niezachwianą pewnością w głosie. Może i chwilę jej zajęło, zanim przypomniała sobie, jak właściwie brzmiało to cholerne imię, ale za to jak już do tego doszła? Raczej nie był w stanie jej przekonać, że typ nazywał się inaczej; już prędzej mogła pomyśleć, że próbuje zwieść ją na manowce i zmylić trop. Hm, może powinna była zafundować mu jakiegoś małego cruciatusa na to, żeby sobie przemyślał dogłębnie parę spraw? Już-już miała machnąć różdżką, by przekuć myśl w czyn, kiedy ewidentnie – nareszcie! - rozwiązał mu się język.
Kolejne przetoczenie pomiędzy palcami. Dwa dni temu, hm. Zapłata monetami i brak adresu – no tak, po co miałby go w ogóle zostawiać? Żeby lecznica wysyłała mu pocztówki i zapytania, jak zdrowie? Chociaż wielka szkoda, że nie był aż tak głupi, znacznie uprościłoby to sprawy, oszczędziło naprawdę wiele zachodu w tropieniu. A tak to musieli niczym psy gończe podążać krok w krok w nadziei, że zaraz dopadną swój cel.
I uczynią z niego kolejny przykład dla wszystkich, tak w ramach skłonienia do przemyśleń nad swoim postępowaniem i poglądami.
- I co, było tak trudno, złociutki? – spytała niemalże z wesołością. Ostatecznie machnięcie różdżką faktycznie nastąpiło, choć nie po to, by popieścić medyka zaklęciem niewybaczalnym, a uwolnić go spod wpływu obecnego. Co bynajmniej nie znaczyło, iż mężczyzna miał pozostać bez całkowitej kontroli, bynajmniej. Wręcz przeciwnie – nadal należało mieć na niego oko… jak i na całą resztę tu obecnych, oczywiście.
Nie pieściła się z drzwiami do poszczególnych pomieszczeń – w sumie drzwi prowadzące do dwóch pierwszych ustąpiły bez większego problemu, toteż tu poszło sprawnie i szybko. Pchnąć, zerknąć, wycofać się po przekonaniu, że w środku nikogo nie ma i raczej nie było. Za to trzecie drzwi… o, to tu tak łatwo nie poszło. Zaklęcie ustąpiło bez większego problemu, choć nadal były to kolejne sekundy opóźnienia w sprawdzaniu, co tak właściwie się tu działo. Zwłaszcza że tknęło ją niedobre przeczucie – może jednak mężczyzna zagrał na czas? Może to wcale nie było „dwa dni temu”, tylko tu i teraz? Może poszukiwany był na wyciągnięcie ręki i…
… właśnie spierdalał jak najszybciej i jak najdalej?
Cofnęła się parę dobrych kroków, gdy drzwi nadal, mimo rozproszonego czaru, nie chciały się otworzyć. Działała szybko, coraz szybciej, z narastającym zniecierpliwieniem. Przedmioty to nie potencjalnie przydatni czarodzieje, więc nie miała oporów przed tym, żeby je – tak po prostu – wysadzić. Najwyżej wstawią nowe, o ile zaraz nie okaże się, że jednak zaraz nie zdecyduje o całkiem zgoła innym losie tej cholernej kliniki.
Nawet gumochłon powinien był ogarnąć, co tu właściwie zaszło. Ktoś tu był, dokładnie w tym pokoju, a teraz – oczywiście – ulotnił się w cholerę. Podejrzenie zamieniło się w pewność. Została oszukana. Odruchowo podbiegła do okna, żeby przez nie wyjrzeć i sprawdzić, czy przypadkiem jakimś cudem nie dojrzy pewnej sylwetki, pośpiesznie się oddalającej.
Nie zastanawiała się długo. Właściwie wcale. Gdy ponownie przekraczała próg pomieszczenia, za jej plecami pełgały płomienie. W tej chwili jeszcze niewielkie, ale wkrótce…
Dźwięk szybkich kroków niósł się po korytarzu, gdy wracała do Josepha. Przypieczętował swój los; miał szansę i ją tak głupio zmarnował… toteż pierwsze, co chciała zrobić, to spętać mężczyznę wyczarowaną, stalową linką. Jak najciaśniej. Miało boleć – i miał pojąć, że nie było ucieczki.
- Kłamca – warknęła głucho, oskarżycielsko.
- Nie, zdecydowanie Rodolph – oświadczyła z niezachwianą pewnością w głosie. Może i chwilę jej zajęło, zanim przypomniała sobie, jak właściwie brzmiało to cholerne imię, ale za to jak już do tego doszła? Raczej nie był w stanie jej przekonać, że typ nazywał się inaczej; już prędzej mogła pomyśleć, że próbuje zwieść ją na manowce i zmylić trop. Hm, może powinna była zafundować mu jakiegoś małego cruciatusa na to, żeby sobie przemyślał dogłębnie parę spraw? Już-już miała machnąć różdżką, by przekuć myśl w czyn, kiedy ewidentnie – nareszcie! - rozwiązał mu się język.
Kolejne przetoczenie pomiędzy palcami. Dwa dni temu, hm. Zapłata monetami i brak adresu – no tak, po co miałby go w ogóle zostawiać? Żeby lecznica wysyłała mu pocztówki i zapytania, jak zdrowie? Chociaż wielka szkoda, że nie był aż tak głupi, znacznie uprościłoby to sprawy, oszczędziło naprawdę wiele zachodu w tropieniu. A tak to musieli niczym psy gończe podążać krok w krok w nadziei, że zaraz dopadną swój cel.
I uczynią z niego kolejny przykład dla wszystkich, tak w ramach skłonienia do przemyśleń nad swoim postępowaniem i poglądami.
- I co, było tak trudno, złociutki? – spytała niemalże z wesołością. Ostatecznie machnięcie różdżką faktycznie nastąpiło, choć nie po to, by popieścić medyka zaklęciem niewybaczalnym, a uwolnić go spod wpływu obecnego. Co bynajmniej nie znaczyło, iż mężczyzna miał pozostać bez całkowitej kontroli, bynajmniej. Wręcz przeciwnie – nadal należało mieć na niego oko… jak i na całą resztę tu obecnych, oczywiście.
Nie pieściła się z drzwiami do poszczególnych pomieszczeń – w sumie drzwi prowadzące do dwóch pierwszych ustąpiły bez większego problemu, toteż tu poszło sprawnie i szybko. Pchnąć, zerknąć, wycofać się po przekonaniu, że w środku nikogo nie ma i raczej nie było. Za to trzecie drzwi… o, to tu tak łatwo nie poszło. Zaklęcie ustąpiło bez większego problemu, choć nadal były to kolejne sekundy opóźnienia w sprawdzaniu, co tak właściwie się tu działo. Zwłaszcza że tknęło ją niedobre przeczucie – może jednak mężczyzna zagrał na czas? Może to wcale nie było „dwa dni temu”, tylko tu i teraz? Może poszukiwany był na wyciągnięcie ręki i…
… właśnie spierdalał jak najszybciej i jak najdalej?
Cofnęła się parę dobrych kroków, gdy drzwi nadal, mimo rozproszonego czaru, nie chciały się otworzyć. Działała szybko, coraz szybciej, z narastającym zniecierpliwieniem. Przedmioty to nie potencjalnie przydatni czarodzieje, więc nie miała oporów przed tym, żeby je – tak po prostu – wysadzić. Najwyżej wstawią nowe, o ile zaraz nie okaże się, że jednak zaraz nie zdecyduje o całkiem zgoła innym losie tej cholernej kliniki.
Nawet gumochłon powinien był ogarnąć, co tu właściwie zaszło. Ktoś tu był, dokładnie w tym pokoju, a teraz – oczywiście – ulotnił się w cholerę. Podejrzenie zamieniło się w pewność. Została oszukana. Odruchowo podbiegła do okna, żeby przez nie wyjrzeć i sprawdzić, czy przypadkiem jakimś cudem nie dojrzy pewnej sylwetki, pośpiesznie się oddalającej.
Nie zastanawiała się długo. Właściwie wcale. Gdy ponownie przekraczała próg pomieszczenia, za jej plecami pełgały płomienie. W tej chwili jeszcze niewielkie, ale wkrótce…
Dźwięk szybkich kroków niósł się po korytarzu, gdy wracała do Josepha. Przypieczętował swój los; miał szansę i ją tak głupio zmarnował… toteż pierwsze, co chciała zrobić, to spętać mężczyznę wyczarowaną, stalową linką. Jak najciaśniej. Miało boleć – i miał pojąć, że nie było ucieczki.
- Kłamca – warknęła głucho, oskarżycielsko.
553/1617