Wargi nie uginały się pod ciężarem uśmiechu od wczorajszego dnia – decyzja, którą wzięła za głupi żart sytuacyjny okazała się osłonić całunem osobę Loretty; nie wiedziała, jak mógł jej to zrobić. Jak mógł zostawić ją samą, jak mógł bez jednego westchnięcia zadecydować o wyprowadzce na inny kontynent? Zadawała sobie te pytania pod osłoną gwiazd, gdy wtulona w poduszkę roniła rzęsiste łzy. Nie kochała go przecież, ani trochę, a jednak jego odejście odcisnęło się w miriadach umysłu; coś się rozbiło, coś miało być nieodwracalnym, coś pozostawiało ją samą sobie. Leander nie posiadał w końcu skrupułów i choć lubiła wierzyć, iż obdarzał ją jakimś uczuciem – pokracznym i toksycznym, ale jakkolwiek uczuciem – tym goręcej się zagotowała na wiadomość o jego wyjeździe.
W gruncie rzeczy odetchnęła z pewną ulgą – ukrywana przed nim bezpłodność coraz bardziej budziła wątpliwości w mężczyźnie, a ona sama – wiedząc, iż prawda nie może wyjść na jaw, coraz goręcej lawirowała pośród mnogich wyjaśnień. Bo przecież to on zmusił ją do mariażu, który miał rozciągnąć się na przestrzeni lata; umiał ją oczarować, potrafił zmanipulować do tego stopnia, iż za każdym razem mu ulegała. Teraz mogła poczuć oddech niezawoalowanej wolności; zerwane zaręczyny przyniosły świeżą bryzę do jej życia – nie mogła jednak nic poradzić na fakt, że go pragnęła; nie mogła nic poradzić na mokrą od łez poduszkę.
Jako uosobienie wszelkiej agresji i wybuchowości, trawiona złością i rozczarowaniem, wpadła do galerii niczym rozgorzała burza. Wzięła głęboki wdech – to jednak nie pomogło w żadnej mierze, więc w szale zaczęła niszczyć wszystko; absolutnie wszystko. Szyba z witryny legła w szklanych kawałkach na ziemi, kwiaty pozostały zdarte z fasady, a w tym wszystkim ona – wzburzona, o oczach zeszklonych łzami.
Jeden z odłamków szyby poranił ją w dłoń, z której posoka zaczęła kapać na panele. I gdy usłyszała jego głos, gwałtownie się odwróciła. Wiedział, musiał wiedzieć, iż był to jeden z jej ataków furii, w tak rozległej krasie jednak, zastał ją po raz pierwszy. Źle zapięte guziki koszuli, rozwichrzone włosy, ciężki oddech i gwałtowność zawarta w ruchach.
– Lou! – krzyknęła nieomal. – Och, Lou, on wyjeżdża. Na inny kontynent. Zostawia mnie – zaczęła rzucać staccato. – Jak on może? Jak? Powiedz mi, powiedz – rzekła panicznie, pociągając mocno nosem.
Krew cieknąca po dłoni, z palca spadająca kroplami na podłoże, nie stanowiła dla niej żadnego znaczenia w tym momencie.
– Przytul mnie, proszę – zwróciła się ku niemu, a jej oblicze wykrzywił brzydki grymas.