02.04.2023, 13:41 ✶
- Zawsze miałam wrażenie, że Little Hangleton przyciąga wariatów. A może ich tworzy – skwitowała Brenna po prostu. Nie przepadała za tą wioską. Może przez wzgląd na mroczny Las Wisielców, może posiadłość Gauntów, czy raczej ich ruiny, a może tylko własną wyobraźnię.
- Nie był – przyznała Brenna. – To nie jest łatwa praca, Heather. Zwykle zajmujemy się raczej obstawianiem meczów, ale nie mogę ci obiecać, że nie będzie kolejnych tego typu przypadków. A co do czarnej magii… Nie. Myślę, że ona jest jednak gorsza. Szaleniec czasem robi krzywdę tylko sobie, czarna magia zawsze krzywdzi wszystkich wokół. Wybierasz ją świadomie i zawsze chcesz więcej.
I więcej. I jeszcze więcej. Rzucenie jednego crucio może jeszcze nie skażało twojej duszy, ale gdy robiłeś to z uśmiechem na ustach, dla własnych korzyści? Brenna nie byłaby skłonna uwierzyć, że pośród tych, którzy ją stosują, są jacykolwiek… zwyczajni ludzie. Już nawet nie „dobrzy”. Zwyczajni.
Nie zdążyła jednak kontynuować tematu, bo wylądowała na ziemi. Brenna siedziała na trawie jeszcze przez chwilę, przypatrując się połamanemu konarowi. A potem na słowa Heather uniosła głowę i rozejrzała się, w poszukiwaniu kobiety z lelkiem. Nie słychać było jednak nawoływań ptaka, i nigdzie pośród drzew Brenna nie dostrzegła złowrogiej sylwetki.
Na wszelki wypadek wyciągnęła jednak różdżkę i wyszeptała „lumos”. Uniosła ją wysoko, podnosząc się i oświetliła najbliższą okolicę, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Zaczątki paranoi podpowiadały, że to faktycznie zdumiewający przypadek, i też od razu zastanawiała się, czy jakieś zaklęcie nie spowodowało tego efektu, ale chyba by je zauważyły?
- Naprawdę nie cierpię Little Hangleton – westchnęła Brenna i otrzepała spodnie z trawy. – Chodź, Heath, nie chciałabym zostać w tym lesie po zmroku. Mam wrażenie, że wyskoczą na nas wtedy jakieś wielkie pająki albo coś takiego.
Rozglądała się uważnie, póki nie zbliżyły się do rzeki, oddzielającej las od miasteczka. Po moście Brenna poruszała się bardzo ostrożnie, mając w pamięci wypadek panny Trelawney. Żadna deska jednak się pod nią nie załamała. Longbottom opuściła różdżkę, rozpraszając jednocześnie lumos – nie chciała przecież, aby jacyś mugole zobaczyli to światło i zaczęli zastanawiać się, co to takiego. A potem skierowała się ku chodnikowi, biegnącemu wzdłuż ulicy i…
…rozległ się głośny dźwięk silnika. Zza rogu wypadło mugolskie auto. Kierowca najwyraźniej nie był zbyt wprawny i jechał trochę za szybko, bo nie wyrobił na zakręcie. Samochód zjechał z jezdni na pobocze, zmuszając Brennę do skoku prosto do rowu. Kobieta stoczyła się po wilgotnej trawie w dół, obijając się, ale przynajmniej nie została trafiona bezpośrednio. Heather, będąca nieco za nią, ani przez chwilę nie była zagrożona.
- Cholera – syknęła Brenna, wygrzebując się z rowu. – Ta wróżba była warta więcej niż sykla.
- Nie był – przyznała Brenna. – To nie jest łatwa praca, Heather. Zwykle zajmujemy się raczej obstawianiem meczów, ale nie mogę ci obiecać, że nie będzie kolejnych tego typu przypadków. A co do czarnej magii… Nie. Myślę, że ona jest jednak gorsza. Szaleniec czasem robi krzywdę tylko sobie, czarna magia zawsze krzywdzi wszystkich wokół. Wybierasz ją świadomie i zawsze chcesz więcej.
I więcej. I jeszcze więcej. Rzucenie jednego crucio może jeszcze nie skażało twojej duszy, ale gdy robiłeś to z uśmiechem na ustach, dla własnych korzyści? Brenna nie byłaby skłonna uwierzyć, że pośród tych, którzy ją stosują, są jacykolwiek… zwyczajni ludzie. Już nawet nie „dobrzy”. Zwyczajni.
Nie zdążyła jednak kontynuować tematu, bo wylądowała na ziemi. Brenna siedziała na trawie jeszcze przez chwilę, przypatrując się połamanemu konarowi. A potem na słowa Heather uniosła głowę i rozejrzała się, w poszukiwaniu kobiety z lelkiem. Nie słychać było jednak nawoływań ptaka, i nigdzie pośród drzew Brenna nie dostrzegła złowrogiej sylwetki.
Na wszelki wypadek wyciągnęła jednak różdżkę i wyszeptała „lumos”. Uniosła ją wysoko, podnosząc się i oświetliła najbliższą okolicę, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Zaczątki paranoi podpowiadały, że to faktycznie zdumiewający przypadek, i też od razu zastanawiała się, czy jakieś zaklęcie nie spowodowało tego efektu, ale chyba by je zauważyły?
- Naprawdę nie cierpię Little Hangleton – westchnęła Brenna i otrzepała spodnie z trawy. – Chodź, Heath, nie chciałabym zostać w tym lesie po zmroku. Mam wrażenie, że wyskoczą na nas wtedy jakieś wielkie pająki albo coś takiego.
Rozglądała się uważnie, póki nie zbliżyły się do rzeki, oddzielającej las od miasteczka. Po moście Brenna poruszała się bardzo ostrożnie, mając w pamięci wypadek panny Trelawney. Żadna deska jednak się pod nią nie załamała. Longbottom opuściła różdżkę, rozpraszając jednocześnie lumos – nie chciała przecież, aby jacyś mugole zobaczyli to światło i zaczęli zastanawiać się, co to takiego. A potem skierowała się ku chodnikowi, biegnącemu wzdłuż ulicy i…
…rozległ się głośny dźwięk silnika. Zza rogu wypadło mugolskie auto. Kierowca najwyraźniej nie był zbyt wprawny i jechał trochę za szybko, bo nie wyrobił na zakręcie. Samochód zjechał z jezdni na pobocze, zmuszając Brennę do skoku prosto do rowu. Kobieta stoczyła się po wilgotnej trawie w dół, obijając się, ale przynajmniej nie została trafiona bezpośrednio. Heather, będąca nieco za nią, ani przez chwilę nie była zagrożona.
- Cholera – syknęła Brenna, wygrzebując się z rowu. – Ta wróżba była warta więcej niż sykla.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.