02.04.2023, 16:51 ✶
- Czasem lepiej jest nie pamiętać – przyznała Brenna. Ta niepamięć często ją kusiła. Ich dom był przecież bezpiecznym miejscem, otoczonym chmarą zaklęć ochronnych. Mieszkający w nim ludzie w większości potrafili się bronić, a ci, którzy nie byli zaprawieni w pojedynkach, znali się na innych rzeczach. Dolina Godryka leżała w pewnej odległości od Londynu, więc w teorii można by tu żyć spokojnie. Rzucić pracę w Brygadzie, zajmować się domem i długimi spacerami po Kniei.
Może, w sprzyjających warunkach, mieliby jakieś pięć lat spokoju, zanim znalazłaby ich tu wojna. Może nawet pozwolono by im żyć dalej, skoro nigdy się w nią nie angażowali. I może Brenna nawet by to potrafiła, gdyby urodziła się w innej rodzinie – gdyby od małego nie przebywała pośród Longbottomów, co ukształtowało ją na kogoś, niekoniecznie posiadającego instynkt samozachowawczy i na kogoś, kto bardzo nie lubił zginać karku.
- Dziękuję – stwierdziła. Zamarła przy tej kuchence, gdy Dora powiedziała, że chce mieć szansę na działania przeciwko Voldemortowi, a potem – po długiej chwili, gdy była już pewna, że zapanuje nad mięśniami twarzy – zwróciła ku Crawleyównie spojrzenie. Ku Dorze, która miała ledwo dziewiętnaście lat, dopiero niedawno skończyła Hogwart, ku łagodnej Dorze o miłym uśmiechu, o niewysokim wzroście. Którą Brenna widywała częściej z ziołami w rękach niż z różdżką.
Czy umiała wyobrazić ją sobie stojącą przed śmierciożercami?
Umiała – i ta wizja tylko Brennę przerażała. Mamy posyłać na wojnę dzieci? – pomyślała, ale zaraz za tą myślą poszła kolejna, że właściwie Dora nie była już dzieckiem i że ta wojna prędzej czy później przyjdzie i po nieletnich, i nikogo nie oszczędzi. A mimo to… jak miała się zgodzić? Przekonać Idę albo Patricka, by posłali tę dziewczynę gdzieś, gdzie będzie mogła utonąć w powodzi zielonego światła?
– Jesteś tego pewna, Dora? Rzadko… naprawdę walczymy, bo raczej działamy po cichu, próbując ochraniać ludzi albo zdobywać informacje… Ale kiedy przyjdzie co do czego, to nie są szkolne pojedynki, kończące się odebraniem różdżki. Spróbują cię zabić. I jeżeli nie dasz rady… nie mówię o samym rzuceniu zaklęcia, ale o skrzywdzeniu kogoś… ktoś może zginąć w twojej obronie.
Może, w sprzyjających warunkach, mieliby jakieś pięć lat spokoju, zanim znalazłaby ich tu wojna. Może nawet pozwolono by im żyć dalej, skoro nigdy się w nią nie angażowali. I może Brenna nawet by to potrafiła, gdyby urodziła się w innej rodzinie – gdyby od małego nie przebywała pośród Longbottomów, co ukształtowało ją na kogoś, niekoniecznie posiadającego instynkt samozachowawczy i na kogoś, kto bardzo nie lubił zginać karku.
- Dziękuję – stwierdziła. Zamarła przy tej kuchence, gdy Dora powiedziała, że chce mieć szansę na działania przeciwko Voldemortowi, a potem – po długiej chwili, gdy była już pewna, że zapanuje nad mięśniami twarzy – zwróciła ku Crawleyównie spojrzenie. Ku Dorze, która miała ledwo dziewiętnaście lat, dopiero niedawno skończyła Hogwart, ku łagodnej Dorze o miłym uśmiechu, o niewysokim wzroście. Którą Brenna widywała częściej z ziołami w rękach niż z różdżką.
Czy umiała wyobrazić ją sobie stojącą przed śmierciożercami?
Umiała – i ta wizja tylko Brennę przerażała. Mamy posyłać na wojnę dzieci? – pomyślała, ale zaraz za tą myślą poszła kolejna, że właściwie Dora nie była już dzieckiem i że ta wojna prędzej czy później przyjdzie i po nieletnich, i nikogo nie oszczędzi. A mimo to… jak miała się zgodzić? Przekonać Idę albo Patricka, by posłali tę dziewczynę gdzieś, gdzie będzie mogła utonąć w powodzi zielonego światła?
– Jesteś tego pewna, Dora? Rzadko… naprawdę walczymy, bo raczej działamy po cichu, próbując ochraniać ludzi albo zdobywać informacje… Ale kiedy przyjdzie co do czego, to nie są szkolne pojedynki, kończące się odebraniem różdżki. Spróbują cię zabić. I jeżeli nie dasz rady… nie mówię o samym rzuceniu zaklęcia, ale o skrzywdzeniu kogoś… ktoś może zginąć w twojej obronie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.