Jakkolwiek bardzo chciałaby wierzyć, iż jej los należy wyłącznie do niej, mości się jedynie w jej dłoniach; iż może go kształtować dowolnie – nie potrafiła. Żywiła zbyt wielką wiarę w stosunku do gwiazd i tego, co na swoim karbie niosły proroctwa. Wróżba więc, którą utrzymała, osiadła pośród meandrów myśli, czyniąc w nich niespokojnie i niepokornie. Możliwe, że to jej własny lęk sprowadził ją do akwenu wypadku; możliwe, że zadziała się niewiadoma manifestacja, która jej kroki pokierowała ku skrzypiącemu mostu. Jako osoba wielce uduchowiona, wierzyła, iż istnieje coś ponad; że migające pod połacią nocy gwiazdy, niosą za sobą jakąś prawdę.
Pociągnęła ostatni raz nosem, a oczy przestały być przeszklone łzami, zawarły w sobie ponownie niewiadome iskry, jakby los wypłukał z nich jakąkolwiek miękkość, zamieniając w wielobarwną ciekawość.
– Nie, nigdy – odparła miękko.
Zamknęła ją ponownie w szklance wzroku – momentalnie poczuła głębokie pragnienie, aby zobaczyć jej aurę; poczuć czym się mieni i odgadnąć nieodgadnione. Zamiast tego zamilkła, uporczywe spojrzenie wciąż moszcząc na jej obliczu. Brenna, nie dość, że ładna, to i zaradna poczęła jawić się w młodym umyśle kalejdoskopem emocji.
– Niech boli – odparła łamiącym się głosem. – Niech boli, chcę tylko jak najszybciej do domu. Alastor… – westchnęła ciężko.
Niepewnie podniosła się na nogi, starając się usilnie, aby nie przenosić ciężaru na zranioną kończynę. Nie była wszak pewna, czy nie była ona złamana, bądź pokiereszowana w inny dla zdrowia sposób. Spojrzała na różdżkę, umiejscowioną w dłoni Brenny i kiwnęła głową, potwierdzając swoje wcześniejsze słowa.
– Tak, chcę do domu – twardszym nieco głosem, nadając sobie więcej powagi, zaznaczyła.