03.04.2023, 01:52 ✶
Coś w wyrazie twarzy czarownicy zmieniło się, gdy MacKenzie odrzuciła jej prośbę o pomoc. Spojrzenie stwardniało, stało się bardziej gniewne, jeszcze bardziej rozgoryczone, jakby zawodniczka Quidditcha uderzyła w jakieś bardzo czułe i bardzo drażliwe nuty w jej duszy.
- Więc idź i szukaj drogi sama, bo ja ci nie pomogę. Pomoc za pomoc to uczciwa cena – odpowiedziała jej głucho, a potem przeniosła całe zainteresowanie na Martina, jakby to w nim pokładając całą nadzieję na czekający ją i jej męża los.
Uwagi o tym, że jej mąż okazał się draniem, zupełnie nie skomentowała. Jakby przeleciała jej mimo uszu, kompletnie obojętnie, jak nie wypowiedziana do niej.
MacKenzie mogła odejść, przepłynąć kąpielisko wpław, błądzić w lesie do rana, ruszyć jedyną ścieżką, na której horyzoncie majaczyło się jakieś światło, kobieta nie zamierzała jej zatrzymywać, zbyt zdesperowana by przejmować się nią, gdy miała szansę na pomoc przynajmniej Martina. Magia dalej nie działała, latająca miotła leżała na ziemi jak zwykły wiecheć do zamiatania podwórka, choć takim wiecheciem nigdy nie była.
Czarownica skinęła głową.
- Wcześniej Grimes był dobrym mężem. Spokojnym. Pomocnym. Takim, który nie pisał mi sonetów, ale pamiętał o przyniesieniu drew do izby, skopaniu grządek czy zrobieniu zakupów. Ale odkąd w nasze życie wstąpiła ta kobieta… jakby coś go opętało, jakby przejęła nad nim zupełną kontrolę. Mi to wygląda na czarnomagiczną klątwę. Beltane to nie tylko święto miłości. To czas, gdy w powietrzu unosi się potężna magia. Jeśli bogini mnie wysłuchała i przysłała ciebie, to może razem będziemy w stanie wykonać rytuał oczyszczający, który uzdrowi męża – opisała.
Przynajmniej według jej słów nie chodziło wcale o jakieś rytuały miłosne, które mogłyby przekonać do niej zdradzającego ją ślubnego. Nie trzymała w rękach fiolki amortencji lub nasączonych eliksirem miłości czekoladek. Odwrotnie, kiedy Martin i MacKenzie obudzili się na trawie, tańczyła wokół rozpalonego ogniska. Taniec, który wykonywała wyglądał całkiem podobnie do tańców, które widzieli tego roku na Polanie Ognisk.
Czarownica pokręciła przecząco głową.
- Nie mam pojęcia, co się stało z magią – przyznała szczerze. – Nigdy wcześniej nie działała tak kapryśnie jak tej nocy. Ale kiedy zerwała się wichura a potem przyniósł was tu wiatr, pomyślałam, że to pewnie sama bogini was tu przyniosła. I może to ona stoi za tym, co się stało z czarami? – zapytała bezradnie.
Cokolwiek stało się z magią, czarownica nie przyznała się by miała z tym cokolwiek wspólnego. Nie widziała również powiązania między tym, co przydarzyło się jej i jej mężowi a co teraz stało się z czarami. Patrząc jednak z boku, magia wciąż istniała a oni ciągle byli czarodziejami. Teraz, po prostu, nie mogli się nią posługiwać, ale może to było tylko chwilowe? Albo było związane z tym, co w tej chwili im umykało z pamięci?
- Więc idź i szukaj drogi sama, bo ja ci nie pomogę. Pomoc za pomoc to uczciwa cena – odpowiedziała jej głucho, a potem przeniosła całe zainteresowanie na Martina, jakby to w nim pokładając całą nadzieję na czekający ją i jej męża los.
Uwagi o tym, że jej mąż okazał się draniem, zupełnie nie skomentowała. Jakby przeleciała jej mimo uszu, kompletnie obojętnie, jak nie wypowiedziana do niej.
MacKenzie mogła odejść, przepłynąć kąpielisko wpław, błądzić w lesie do rana, ruszyć jedyną ścieżką, na której horyzoncie majaczyło się jakieś światło, kobieta nie zamierzała jej zatrzymywać, zbyt zdesperowana by przejmować się nią, gdy miała szansę na pomoc przynajmniej Martina. Magia dalej nie działała, latająca miotła leżała na ziemi jak zwykły wiecheć do zamiatania podwórka, choć takim wiecheciem nigdy nie była.
Czarownica skinęła głową.
- Wcześniej Grimes był dobrym mężem. Spokojnym. Pomocnym. Takim, który nie pisał mi sonetów, ale pamiętał o przyniesieniu drew do izby, skopaniu grządek czy zrobieniu zakupów. Ale odkąd w nasze życie wstąpiła ta kobieta… jakby coś go opętało, jakby przejęła nad nim zupełną kontrolę. Mi to wygląda na czarnomagiczną klątwę. Beltane to nie tylko święto miłości. To czas, gdy w powietrzu unosi się potężna magia. Jeśli bogini mnie wysłuchała i przysłała ciebie, to może razem będziemy w stanie wykonać rytuał oczyszczający, który uzdrowi męża – opisała.
Przynajmniej według jej słów nie chodziło wcale o jakieś rytuały miłosne, które mogłyby przekonać do niej zdradzającego ją ślubnego. Nie trzymała w rękach fiolki amortencji lub nasączonych eliksirem miłości czekoladek. Odwrotnie, kiedy Martin i MacKenzie obudzili się na trawie, tańczyła wokół rozpalonego ogniska. Taniec, który wykonywała wyglądał całkiem podobnie do tańców, które widzieli tego roku na Polanie Ognisk.
Czarownica pokręciła przecząco głową.
- Nie mam pojęcia, co się stało z magią – przyznała szczerze. – Nigdy wcześniej nie działała tak kapryśnie jak tej nocy. Ale kiedy zerwała się wichura a potem przyniósł was tu wiatr, pomyślałam, że to pewnie sama bogini was tu przyniosła. I może to ona stoi za tym, co się stało z czarami? – zapytała bezradnie.
Cokolwiek stało się z magią, czarownica nie przyznała się by miała z tym cokolwiek wspólnego. Nie widziała również powiązania między tym, co przydarzyło się jej i jej mężowi a co teraz stało się z czarami. Patrząc jednak z boku, magia wciąż istniała a oni ciągle byli czarodziejami. Teraz, po prostu, nie mogli się nią posługiwać, ale może to było tylko chwilowe? Albo było związane z tym, co w tej chwili im umykało z pamięci?