Było w jej ruchach coś rozbrajająco szczerego; coś co jednało jej ludzi pogodą ducha i naturalną towarzyskością; uśmiech wpływająco powoli na wargi przełamał nić stresu, w którym jeszcze chwilę się zatracała. Już na jego słowa błysnęła urokliwym wygięciem wargi; już te rozszerzały się w urokliwy, filuterny grymas. Nie było w niej nic flirciarskiego; nic, co mogłoby wskazywać na bycie kobietą fatalną, a jej uśmiech roztańczył się coraz chyżej, gdy uniosła wzrok, zatracając się w jego spojrzeniu. Serce ponownie zatrzepotało niepokornie, więzione w klatce żeber, a ona czuła, jak powoli wszystko się rozmywa. Istniały tylko jego oczy.
– Masz zatem najjaśniejszą gwiazdkę na niebie – rzekła odrobinę pewniejszym głosem; nie łamiącym się w swoich ryzach, a uśmiech roztańczył się na wargach bez przekory. Westchnęła miękko, unosząc dłoń ku górze, odgarniając jeden z kosmyków włosów, który opadł na jego czoło. Było w tym geście coś niesamowicie czułego; niesamowicie lekkiego i delikatnego.
– Ze mną byłoby tak samo, gdybyś zechciał z kimś innym tu przyjść. Zapewne szalałabym z zazdrości – odparła miękko.
Pociągnięta na parkiet, nie oponowała w żadnej mierze. Kłębiło się coś wewnątrz niej; coś, co nie dawało spokoju i ostatnimi czasy jednakowo nie dawało spać. Zaproszenie na bal, sunięcie w rytm muzyki, która rozbijała się o meandry umysłu, potęgowało wielokroć to uczucie. Objęta w pasie, sunęła wraz z nim po parkiecie, w krokach wolnych i niespiesznych, a w umyśle znowu uczyniło się nieprzytomnie. Jej serce ponownie zatrzepotało, jakby miało nieomal wypaść z piersi. Wolny taniec służył niewątpliwie zacieśnianiu więzi, ich ciała momentalnie znalazły się w jednej harmonii, która pozwoliła wargom Effie ułożyć się w przyjemny dla oka uśmiech.
– Och, ale czarujesz – rzekła miękko. – Nie mam w sobie nic z wili, zatem nie musisz mi sprawiać przyjemności – zabrzmiała krótkim śmiechem po chwili, palce zaciskając mocniej na jego barku.