Wyjątkowo rzadko ufała losu i choć wierzyła, iż pewne zdarzenia są zapisane w gwiazdach, porzucała liche mrzonki, jakoby to przeznaczenie ciągnęło ją za uszy przez życie; znacznie lepiej odnajdywała się we własnoręcznym sterowaniu linią żywota, tą czerwoną, przędzioną przez Mojry, które w swoim absurdzie miały kiedyś ukrócić jej dalsze bytowanie. Tym razem jednak wszystko miało się układać w rytm jej dnia, rozpoczynając się wcześniejszego wieczoru – naturalnie nie dostała bonu na loterię przypadkowo; nie był to nietrafiony prezent, jedynie dopełnienie zapłaty za obraz. Znalazł się w jej dłoniach niepewnie, schowany do torebki, gdzieś na dnie szamoczący się milkliwie.
Kolejnego ranka, gdy przeglądała stronice Proroka, zatapiając się w treści – migała uśmiechem z okładki, co nie stanowiło dla niej drogi wyjątku. Mimowolnie spojrzała na stronę z wynikami loterii, czując tlącą się iskrę ekscytacji – sięgnęła machinalnie do torebki, w której mościł się kupon i marszcząc brwi surowo, przyjrzała się pasującym cyfrom.
Była przecież bogata; posiadanie imiennej galerii i urodzenie w skalanej bogactwem rodzinie mówiło śmiało samo o sobie; zastrzyk gotówki jednak niewątpliwie by się jej przydał, zwłaszcza po tym, jak zdewastowała całą galerię, targana gniewem na opuszczającego Londyn Leandra.
Kwietniowa pogoda rozlała się miękko po Londynie, w pełnej krasie oznajmiając, iż ostała się wiosna. Pierwszy trel ptaków, kwitnące drzewa i kwiaty, rozlewająca się w przestrzeni cieplejsza temperatura.
Stukot wysokich obcasów zwiastował jej pstrokatą osobę – szerokie, czarne spodnie, barwna koszula i kapelusz o ogromnym rondzie oraz ciemny płaszcz narzucony na ramiona.
Uniosła papierosa do ust, dopalając go jedynie i gdy ogniste oczko zgasło w popielniczce, bezzwłocznie teleportowała się w miejsce, gdzie mogła odebrać kupon; budka na Alei Horyzontalnej nie stanowiła wyjątkowo wyśrubowanego miejsca.
Stanęła w kolejce za wyraźnie przejętym mężczyzną, którego aż nosiło, gdy jednak na moment odwrócił się do niej, uśmiechnęła się życzliwie.
– Wygląda pan, jakby boga za nogi złapał – rzekła miękko i podała mu dłoń. – Loretta Lestrange – przedstawiła się.