Debil. Kompletny idiota. Tylko tak potrafił się obecnie określić Erik na widok szkód dokonanych przez ich własne ręce. Kto mógłby pomyśleć, że zaklęcia, zamiast pozbyć się tego, co kryło się pod powierzchnią ziemi, wejdą w jakiejś dziwne sprzężenie z krążącą pod polaną magią? Musieli coś zrobić, zależało im na zneutralizowaniu broni Śmierciożerców; czymkolwiek by ona nie była, więc zaatakowali instynktownie. Jego serce zamarło, gdy dostrzegł, że nieznana mu kobieta oberwała smugą żywej magii. Cofnął się o kilka kroków i zamarł, przez jedną straszną chwilę nie wiedząc, co powinni właściwie zrobić w tej sytuacji.
Chwilę później nadszedł wstrząs, który zwalił ich z nóg. Longbottom syknął z bólu i przeturlał się na bok, co by jak najszybciej się podnieść. Cały czas strzelał oczami na bok, starając się rozeznać w nowym środowisku. Mógł znać polanę, która jeszcze parę minut temu było głównym centrum zabawy, ale teraz w całym tym chaosie była mu zupełnie obca.
— Będę żył — rzucił pusto do Charlesa, odwracając się ku nawołującemu kapłanowi. Już miał zwrócić się do swych towarzyszy o udzielenie mężczyznie wsparcia, gdy w jego polu widzenia znalazła się kolejna ciemna, nieznana mu postać. Zacisnął palce na różdżce. — On ma rację Heather. Wzywaj miotłę. Spróbujesz ich przetransportować – jedno po drugim – w bezpieczne miejsce. Damy Ci jak największe pole do manewru. — Zerknął na Rookwooda. — Jak twoje rozpraszanie?
Dostrzegł ruch obcej sylwetki, co sprawiło, że momentalnie wystąpił do przodu z różdżką wycelowaną przed siebie. Nie zaatakował jednak, a bardziej dawał ostrzezenie, że się nie odsunie. Wystawiał się tym samym na atak, ale najważniejsze było teraz przeniesienie rannych z tego burdelu. A do przeciwnika nie mogli odwrócić się plecami. Oby tylko miotła Wood faktycznie jej posłuchała.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞