03.04.2023, 21:33 ✶
- …jak na kacu i przeprawie przez Zakazany Las – uzupełnia Brenna, po czym położyła się z powrotem na podłodze. Nawet siedzenie zdawało się teraz zbyt wielkim wysiłkiem. Longbottom zapatrzyła się gdzieś na sufit, myśląc o tym, że spała naprawdę bardzo wysoko, i że to słońce świeci zdecydowanie za głośno.
Spojrzała na Victorię i wyczarowaną filiżankę. Podejście – czy raczej podczołganie się, by przejąć taką – byłoby nazbyt wyczerpujące. Ostatecznie więc Brenna sięgnęła po własną różdżkę i z pewnym wysiłkiem, przy drugiej próbie, dla siebie wyczarowała kubek z wodą. Wypiła go całego, pozbywając się choć częściowo uczucia suszenia w gardle, a potem uzupełniła za pomocą aquamenti i pokropiła sobie czoło. Poczuła się nieco lepiej, ale dalej wzdychała w duchu na myśl o tym, że muszą stąd zejść i przygotować się do podróży. Jak dobrze, że spakowała się przed wyjściem…
- Wiesz co? Ktoś kto wynajdzie zaklęcie na kaca powinni… powinni… - urwała, najwyraźniej zastanawiając się, co takiego „powinni”. Musiała znaleźć coś dostatecznie znaczącego. „Obsypać go złotem” nie wydawało się dostatecznie dobre. – Dać mu Order Merlina. Drugiej klasy co najmniej. I umieścić na talii czekoladowych żab. A co do Cynthii, powiedz jej jedno słowo. „Brenna”. Jestem pewna, że zrozumie przesłanie.
Zawsze uważała się za absolutnie przeciętną dziewczynę i pod wieloma względami właśnie taką była. Ale była też ruchliwa. Rozgadana. I nie rozumiała koncepcji „z pewnymi ludźmi nie wypada rozmawiać”. W efekcie niektórzy chyba zaczynali ją mieć za pierwiastek chaosu.
- Jasne. Po prostu idąc potknęłam się, wpadłam w krzaki, a ty mi pomagałaś z nich wyjść – zgodziła się Brenna. Żadnych lunabelli. Chociaż na ich wspomnienie – które stało się nieco wyraźniejsze w głowie Brenny – uśmiechnęła się mimowolnie. Były naprawdę urocze…
- Tego nie pamiętam… to znaczy pamiętam zwiewanie już tutaj, w Hogwarcie… - powiedziała niepewnie. Czy naprawdę wprowadziła Victorię do serca Zakazanego Lasu? Nawet sama Brenna musiała przyznać, że chyba zupełnie oszalała, skoro zrobiła coś takiego. Oszalała!
Znów uniosła się lekko na łokciach, a potem podciągnęła do siadu. Czuła się… paskudnie, ale już niekoniecznie jak trup, przywrócony do życia przez jakiegoś animatora. (To znaczy, Brenna wyobrazała sobie, że te czują się tak, jak ona przed chwilą. I nawet uśmiechnęła się szeroko do Lestrange, gdy ta powiedziała, że „kto by się przejmował”.)
- Wiesz co, Tori? Mam wrażenie, że po siedmiu latach zdołałam cię zepsuć – stwierdziła półżartem, półserio. Zastanawiając się, czy zdoła teraz przyjąć postawę właściwą homo sapiens i zejść po tych wszystkich schodach, znów przeniosła spojrzenie na posąg goblina. – Ach, to on. Zawsze uważałam, że ten posąg jest szczególnie odrażający. Nie wiem, po co go trzymają. Nikomu nie byłoby przykro, jakby spadł z wieży astronomicznej.
Spojrzała na Victorię i wyczarowaną filiżankę. Podejście – czy raczej podczołganie się, by przejąć taką – byłoby nazbyt wyczerpujące. Ostatecznie więc Brenna sięgnęła po własną różdżkę i z pewnym wysiłkiem, przy drugiej próbie, dla siebie wyczarowała kubek z wodą. Wypiła go całego, pozbywając się choć częściowo uczucia suszenia w gardle, a potem uzupełniła za pomocą aquamenti i pokropiła sobie czoło. Poczuła się nieco lepiej, ale dalej wzdychała w duchu na myśl o tym, że muszą stąd zejść i przygotować się do podróży. Jak dobrze, że spakowała się przed wyjściem…
- Wiesz co? Ktoś kto wynajdzie zaklęcie na kaca powinni… powinni… - urwała, najwyraźniej zastanawiając się, co takiego „powinni”. Musiała znaleźć coś dostatecznie znaczącego. „Obsypać go złotem” nie wydawało się dostatecznie dobre. – Dać mu Order Merlina. Drugiej klasy co najmniej. I umieścić na talii czekoladowych żab. A co do Cynthii, powiedz jej jedno słowo. „Brenna”. Jestem pewna, że zrozumie przesłanie.
Zawsze uważała się za absolutnie przeciętną dziewczynę i pod wieloma względami właśnie taką była. Ale była też ruchliwa. Rozgadana. I nie rozumiała koncepcji „z pewnymi ludźmi nie wypada rozmawiać”. W efekcie niektórzy chyba zaczynali ją mieć za pierwiastek chaosu.
- Jasne. Po prostu idąc potknęłam się, wpadłam w krzaki, a ty mi pomagałaś z nich wyjść – zgodziła się Brenna. Żadnych lunabelli. Chociaż na ich wspomnienie – które stało się nieco wyraźniejsze w głowie Brenny – uśmiechnęła się mimowolnie. Były naprawdę urocze…
- Tego nie pamiętam… to znaczy pamiętam zwiewanie już tutaj, w Hogwarcie… - powiedziała niepewnie. Czy naprawdę wprowadziła Victorię do serca Zakazanego Lasu? Nawet sama Brenna musiała przyznać, że chyba zupełnie oszalała, skoro zrobiła coś takiego. Oszalała!
Znów uniosła się lekko na łokciach, a potem podciągnęła do siadu. Czuła się… paskudnie, ale już niekoniecznie jak trup, przywrócony do życia przez jakiegoś animatora. (To znaczy, Brenna wyobrazała sobie, że te czują się tak, jak ona przed chwilą. I nawet uśmiechnęła się szeroko do Lestrange, gdy ta powiedziała, że „kto by się przejmował”.)
- Wiesz co, Tori? Mam wrażenie, że po siedmiu latach zdołałam cię zepsuć – stwierdziła półżartem, półserio. Zastanawiając się, czy zdoła teraz przyjąć postawę właściwą homo sapiens i zejść po tych wszystkich schodach, znów przeniosła spojrzenie na posąg goblina. – Ach, to on. Zawsze uważałam, że ten posąg jest szczególnie odrażający. Nie wiem, po co go trzymają. Nikomu nie byłoby przykro, jakby spadł z wieży astronomicznej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.