03.04.2023, 22:21 ✶
Wcześniej był dobrym mężem…
A potem ją zdradził.
Mackenzie nie znała się na czarnomagicznych klątwach. Nie znała się też na rytuałach i tańcach wokół ogniska. Nic ze słów czarownicy nie przekonywało jej jednak do tego, że klątwa faktycznie została rzucona – może tak, może nie – i że Mackenzie powinna wziąć udział w jakimkolwiek rytuale rozpraszającym. Gdyby była bardziej wymowna, może zaczęłaby punktować wszystkie dziury w tej historii. Że Ministerstwo zajmuje się czarną magią, że Mackenzie pamiętała niewiele, ale na pewno to, że wiatr porwał nie tylko ją i że na pewno nie zrobił tego, by bogini mogła do kogoś ją zawieść (…bogini zsyłająca komuś na pomoc Mackenzie Greengrass? Dobre sobie), i że skoro nie wiedzą, jak działa ten rytuał, to równie dobrze może być to coś złego. A także…
- …i nie zna zupełnie nikogo, kto mógłby odprawić z nią nieszkodliwy rytuał w noc Beltaine – mruknęła, tylko jedną rzecz w stronę Martina, a nie ku kobiecie.
Hipokryzja.
Bo Mackenzie też nie miała absolutnie nikogo, kogo mogłaby prosić o taką pomoc.
Ale normalni ludzie - ci, na których patrzyła, jak w Hogwarcie zawierają przyjaźnie, jak krążą po Hogsmeade, jak spotykają się grupowo barach i razem chodzą na mecze, jak potrafią ze sobą rozmawiać i zachowywać się tak, by nie wzbudzać irytacji w innych - mieli takie osoby. Może nie nazbyt wiele, ale przynajmniej jedną albo dwie. Stąd nasuwał się jej wniosek, że z tą czarownicą coś jest nie tak.
Tak czy inaczej, drogę będzie musiała odnaleźć sama. Znała Knieję. Była pewna, ze prędzej czy później dostrzeże coś znajomego. Nie ruszyła ku kąpielisku: równie dobrze mogłaby skoczyć z jakiegoś wysokiego klifu. Nie ruszyła też w las, przynajmniej na razie. Zaciskając dłonie na trzonku miotły, ruszyła powoli jedyną ścieżką. Ku widocznemu w oddali światłu. Miotłę mocno trzymała w garści. Ta była teraz nie tylko skarbem, ale też w pewnym sensie potencjalnie jedyną bronią. Nie zamierzała pomagać, bo nie ufała tej kobiecie, a branie udziału w jakichkolwiek rytuałach, których nie znała, zdawało się Mackenzie bardzo złym pomysłem.
A potem ją zdradził.
Mackenzie nie znała się na czarnomagicznych klątwach. Nie znała się też na rytuałach i tańcach wokół ogniska. Nic ze słów czarownicy nie przekonywało jej jednak do tego, że klątwa faktycznie została rzucona – może tak, może nie – i że Mackenzie powinna wziąć udział w jakimkolwiek rytuale rozpraszającym. Gdyby była bardziej wymowna, może zaczęłaby punktować wszystkie dziury w tej historii. Że Ministerstwo zajmuje się czarną magią, że Mackenzie pamiętała niewiele, ale na pewno to, że wiatr porwał nie tylko ją i że na pewno nie zrobił tego, by bogini mogła do kogoś ją zawieść (…bogini zsyłająca komuś na pomoc Mackenzie Greengrass? Dobre sobie), i że skoro nie wiedzą, jak działa ten rytuał, to równie dobrze może być to coś złego. A także…
- …i nie zna zupełnie nikogo, kto mógłby odprawić z nią nieszkodliwy rytuał w noc Beltaine – mruknęła, tylko jedną rzecz w stronę Martina, a nie ku kobiecie.
Hipokryzja.
Bo Mackenzie też nie miała absolutnie nikogo, kogo mogłaby prosić o taką pomoc.
Ale normalni ludzie - ci, na których patrzyła, jak w Hogwarcie zawierają przyjaźnie, jak krążą po Hogsmeade, jak spotykają się grupowo barach i razem chodzą na mecze, jak potrafią ze sobą rozmawiać i zachowywać się tak, by nie wzbudzać irytacji w innych - mieli takie osoby. Może nie nazbyt wiele, ale przynajmniej jedną albo dwie. Stąd nasuwał się jej wniosek, że z tą czarownicą coś jest nie tak.
Tak czy inaczej, drogę będzie musiała odnaleźć sama. Znała Knieję. Była pewna, ze prędzej czy później dostrzeże coś znajomego. Nie ruszyła ku kąpielisku: równie dobrze mogłaby skoczyć z jakiegoś wysokiego klifu. Nie ruszyła też w las, przynajmniej na razie. Zaciskając dłonie na trzonku miotły, ruszyła powoli jedyną ścieżką. Ku widocznemu w oddali światłu. Miotłę mocno trzymała w garści. Ta była teraz nie tylko skarbem, ale też w pewnym sensie potencjalnie jedyną bronią. Nie zamierzała pomagać, bo nie ufała tej kobiecie, a branie udziału w jakichkolwiek rytuałach, których nie znała, zdawało się Mackenzie bardzo złym pomysłem.