03.04.2023, 23:46 ✶
Ale atak nie nastąpił.
Kiedy Perseus pchnął drzwi, te ustąpiły lekko i otworzyły się szerzej skrzypiąc niego. Jasne światło dobiegające ze środka oblało jego twarz, w pierwszej sekundzie nawet nieco zaskakując jaskrawością. I już wiedział, że trafił (trafili właściwie, bo przecież William był zaledwie kilka metrów za nim) do chaty zamieszkałej przez kogoś, kto władał magią. Kogoś, kto przetrzymywał w środku istotę, której trwanie możliwe było tylko w świecie magii.
Magipsychiatra ujrzał tego, z którym rozmawiał chwilę wcześniej. To nawet nie był człowiek. Kiedyś, lata wcześniej i owszem, ale nie teraz. Teraz ciało miał przygarbione, suche, pozbawione życiowej sprężystości. Patrzył na Perseusa dużymi, lekko wyłupiastymi, bardzo jasnymi oczami a ciemne, matowe włosy opadały mu na blade, zbyt blade czoło. Ubrany był na czarno a u lewej nogi ciążył mu magiczny łańcuch. To jego dźwięki słyszał Black wcześniej, gdy ghul poruszał się po domu.
- N-nie bój się mnie – wychrypiał, a potem, dostrzegając czającą się za magipsychiatrą sylwetkę drugiego mężczyzny, poprawił – N-nie bójcie się mnie.
Spoglądający przez okno William dostrzegł wiejską kuchnię. Zadbaną, choć raczej z gatunku tych, które posiadali ci biedniejsi czarodzieje. U sufitu suszyło się trochę ziół. Na piecu stał sporej wielkości gar w otoczeniu patelni i rondla. Był też kominek z bulgoczącym kociołkiem. Przy drewnianym stole stały cztery krzesła. Dla ozdobienia pomieszczenia, ustawiono na stole nawet w wazonie bukiet świeżych kwiatów (pewnie po to, by dodać temu miejscu przytulności).
Ghul trzymał się blisko ściany naprzeciwko wejścia. Jako człowiek musiał dożyć mniej więcej czterdziestego, może czterdziestego piątego roku życia. I już za życia nie należał do tych przystojnych, silnych mężczyzn, którzy skupiali na sobie spojrzenia okolicznych kobiet. Był raczej przeciętny. Mocno przeciętny. A teraz, coś w jego sylwetce, w sposobie w jaki się garbił i na nich spoglądał, wskazywało na to, że ciągle daleko było mu do krwiożerczej bestii. Wyglądał raczej na przestraszonego i mocno, bardzo mocno, zmęczonego.
- N-nie zrobię wam krzywdy – zaczął znowu ghul. – M-możecie wejść do środka. J-jeśli tylko chcecie. I jeśli się nie boicie. Mam na imię Grimes – przedstawił się jeszcze. Jakby nagle przypomniał sobie o dobrych manierach, bo przecież Perseus mu się przedstawił.
Na dworze wciąż panowała świdrująca cisza. Ale, jak bardzo absurdalnie by to nie zabrzmiało, ze środka domu dochodziły do nich całkiem zwyczajne dźwięki. Kociołek bulgotał na ogniu. Łańcuch pobrzękiwał, gdy Grimes poruszał nogą a drewniana podłoga skrzypiała pod wpływem kroków. W środku było jakby normalnie.
Kiedy Perseus pchnął drzwi, te ustąpiły lekko i otworzyły się szerzej skrzypiąc niego. Jasne światło dobiegające ze środka oblało jego twarz, w pierwszej sekundzie nawet nieco zaskakując jaskrawością. I już wiedział, że trafił (trafili właściwie, bo przecież William był zaledwie kilka metrów za nim) do chaty zamieszkałej przez kogoś, kto władał magią. Kogoś, kto przetrzymywał w środku istotę, której trwanie możliwe było tylko w świecie magii.
Magipsychiatra ujrzał tego, z którym rozmawiał chwilę wcześniej. To nawet nie był człowiek. Kiedyś, lata wcześniej i owszem, ale nie teraz. Teraz ciało miał przygarbione, suche, pozbawione życiowej sprężystości. Patrzył na Perseusa dużymi, lekko wyłupiastymi, bardzo jasnymi oczami a ciemne, matowe włosy opadały mu na blade, zbyt blade czoło. Ubrany był na czarno a u lewej nogi ciążył mu magiczny łańcuch. To jego dźwięki słyszał Black wcześniej, gdy ghul poruszał się po domu.
- N-nie bój się mnie – wychrypiał, a potem, dostrzegając czającą się za magipsychiatrą sylwetkę drugiego mężczyzny, poprawił – N-nie bójcie się mnie.
Spoglądający przez okno William dostrzegł wiejską kuchnię. Zadbaną, choć raczej z gatunku tych, które posiadali ci biedniejsi czarodzieje. U sufitu suszyło się trochę ziół. Na piecu stał sporej wielkości gar w otoczeniu patelni i rondla. Był też kominek z bulgoczącym kociołkiem. Przy drewnianym stole stały cztery krzesła. Dla ozdobienia pomieszczenia, ustawiono na stole nawet w wazonie bukiet świeżych kwiatów (pewnie po to, by dodać temu miejscu przytulności).
Ghul trzymał się blisko ściany naprzeciwko wejścia. Jako człowiek musiał dożyć mniej więcej czterdziestego, może czterdziestego piątego roku życia. I już za życia nie należał do tych przystojnych, silnych mężczyzn, którzy skupiali na sobie spojrzenia okolicznych kobiet. Był raczej przeciętny. Mocno przeciętny. A teraz, coś w jego sylwetce, w sposobie w jaki się garbił i na nich spoglądał, wskazywało na to, że ciągle daleko było mu do krwiożerczej bestii. Wyglądał raczej na przestraszonego i mocno, bardzo mocno, zmęczonego.
- N-nie zrobię wam krzywdy – zaczął znowu ghul. – M-możecie wejść do środka. J-jeśli tylko chcecie. I jeśli się nie boicie. Mam na imię Grimes – przedstawił się jeszcze. Jakby nagle przypomniał sobie o dobrych manierach, bo przecież Perseus mu się przedstawił.
Na dworze wciąż panowała świdrująca cisza. Ale, jak bardzo absurdalnie by to nie zabrzmiało, ze środka domu dochodziły do nich całkiem zwyczajne dźwięki. Kociołek bulgotał na ogniu. Łańcuch pobrzękiwał, gdy Grimes poruszał nogą a drewniana podłoga skrzypiała pod wpływem kroków. W środku było jakby normalnie.