04.04.2023, 01:52 ✶
Osmel posłał Mavelle spojrzenie, które z łatwością można by było opisać jako spojrzenie, które mógł jej posłać jedynie taki pies, który bardzo nie chciał być potraktowany jak pies a jednocześnie bardzo mu zależało na podrapaniu po brzuchu i pomizianiu za uszkiem. Wydał z siebie nawet krótki przypominający ni to rozczarowane jęknięcie, ni to pełen prośby skowyt.
- Może tyci tyci podrapanie za uchem? – zapytał najbardziej nonszalanckim tonem, na jaki tylko było go stać. Ale ogon, zdradził go przeklęty ogon. Zamerdał nim z entuzjazmem.
- Straszny z niego pieszczoch – rzuciła głośno Mabel, czym zarobiła sobie na pełne irytacji spojrzenie psa. – I jest beznadziejny w kalambury!
- Wcale nie jestem beznadziejny! – oburzył się Osmel.
- Nie jest – powiedział lojalnie pan Binns, ale na jego ustach pojawił się znaczący uśmieszek. Taki, który trochę przeczył wypowiedzianym słowom.
- Jest beznadziejny. Tak samo jak w karty. Jak tylko przyjdzie mu dobra karta to merda ogonem – mruknęła Flosie. – A jak zła to od razu klepną mu uszy.
Luna postawiła na stoliku tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi. Z imbryka jeszcze parowało. Posłała Mavelle pytające spojrzenie, a potem, trochę nie czekając na zachętę, nalała do jednej z filiżanek herbaty.
- Słodzisz? – zapytała ją.
Colette zaczekała aż brygadzistka osuszy swoje włosy i co tam jeszcze osuszała z wody a potem wyciągnęła rękę by odebrać od niej mokre ręczniki. W jej oczach migotało coś, gdy spoglądała na Mavelle. Pan Binns chrząknął, a potem wyszedł na środek salonu.
- Mogę być pierwszy – powiedział. – Ustalmy, że kategoria to tytuł książki.
- Tytuły książek są trudne – zamarudziła cicho Mabel. – Chociaż papa zawsze bierze na tapet Biblię i historię o… - urwała, zasłaniając sobie rękoma usta. Przez kilka sekund wyglądała tak, jakby powiedziała odrobinę za dużo.
Tymczasem pan Binns wskazał palcem na siebie. A potem po kolei na Mabel, Flosie, Lunę i Colette.
- Ty. My…? – zaczęła Flosie. Przy pierwszym słowie ojciec kiwnął głową, przy kolejnym pstryknął palcami i pokręcił głową. – Ty i kobiety? – Znowu pstryknięcie palcami. – Ty i córki?
Przytaknął, wskazując, że jej tok rozumowania szedł w prawidłową stronę. Potem wyciągnął w ich stronę pięć palców.
Collette wciąż stała z ręcznikami. Nawet ona dała się trochę ponieść zabawie. Oddaliła się jedynie pod ścianę, by nie przeszkadzać w pantomimie, którą odgrywał właśnie jej ojciec.
- Ojciec ma pięć córek – zaryzykowała.
Pan Binns znowu gwałtownie pokiwał głową a potem wypiął dumnie pierś do przodu i założył ręce na piersiach. Spoglądał na wszystkich zgromadzonych w salonie, unosząc podbródek do góry.
- Bufon! – krzyknęła Mabel. – Zarozumiały ktoś? Wiecie kto był zarozumiałym bufonem?
Collette przewróciła oczami.
- To zbyt łatwe – mruknęła. – Pójdę przygotować pokój dla Mavelle. Nic jej tak dobrze nie zrobi po tym deszczu, jak przespanie się w ciepłej pościeli.
Skrzypnęły cicho drzwi, gdy wychodziła z saloniku. Tymczasem pan Binns popatrzył na Osmela i szybko odwrócił się do niego plecami.
- Ojciec, który nie lubi psa. Nie znosi psa. Jest uprzedzony do psa? – wyliczała Mabel, próbując sobie przypomnieć jakąś książkę, która mogłaby mieć nawiązujący do tego tytuł.
- Może tyci tyci podrapanie za uchem? – zapytał najbardziej nonszalanckim tonem, na jaki tylko było go stać. Ale ogon, zdradził go przeklęty ogon. Zamerdał nim z entuzjazmem.
- Straszny z niego pieszczoch – rzuciła głośno Mabel, czym zarobiła sobie na pełne irytacji spojrzenie psa. – I jest beznadziejny w kalambury!
- Wcale nie jestem beznadziejny! – oburzył się Osmel.
- Nie jest – powiedział lojalnie pan Binns, ale na jego ustach pojawił się znaczący uśmieszek. Taki, który trochę przeczył wypowiedzianym słowom.
- Jest beznadziejny. Tak samo jak w karty. Jak tylko przyjdzie mu dobra karta to merda ogonem – mruknęła Flosie. – A jak zła to od razu klepną mu uszy.
Luna postawiła na stoliku tacę z herbatą i ciasteczkami maślanymi. Z imbryka jeszcze parowało. Posłała Mavelle pytające spojrzenie, a potem, trochę nie czekając na zachętę, nalała do jednej z filiżanek herbaty.
- Słodzisz? – zapytała ją.
Colette zaczekała aż brygadzistka osuszy swoje włosy i co tam jeszcze osuszała z wody a potem wyciągnęła rękę by odebrać od niej mokre ręczniki. W jej oczach migotało coś, gdy spoglądała na Mavelle. Pan Binns chrząknął, a potem wyszedł na środek salonu.
- Mogę być pierwszy – powiedział. – Ustalmy, że kategoria to tytuł książki.
- Tytuły książek są trudne – zamarudziła cicho Mabel. – Chociaż papa zawsze bierze na tapet Biblię i historię o… - urwała, zasłaniając sobie rękoma usta. Przez kilka sekund wyglądała tak, jakby powiedziała odrobinę za dużo.
Tymczasem pan Binns wskazał palcem na siebie. A potem po kolei na Mabel, Flosie, Lunę i Colette.
- Ty. My…? – zaczęła Flosie. Przy pierwszym słowie ojciec kiwnął głową, przy kolejnym pstryknął palcami i pokręcił głową. – Ty i kobiety? – Znowu pstryknięcie palcami. – Ty i córki?
Przytaknął, wskazując, że jej tok rozumowania szedł w prawidłową stronę. Potem wyciągnął w ich stronę pięć palców.
Collette wciąż stała z ręcznikami. Nawet ona dała się trochę ponieść zabawie. Oddaliła się jedynie pod ścianę, by nie przeszkadzać w pantomimie, którą odgrywał właśnie jej ojciec.
- Ojciec ma pięć córek – zaryzykowała.
Pan Binns znowu gwałtownie pokiwał głową a potem wypiął dumnie pierś do przodu i założył ręce na piersiach. Spoglądał na wszystkich zgromadzonych w salonie, unosząc podbródek do góry.
- Bufon! – krzyknęła Mabel. – Zarozumiały ktoś? Wiecie kto był zarozumiałym bufonem?
Collette przewróciła oczami.
- To zbyt łatwe – mruknęła. – Pójdę przygotować pokój dla Mavelle. Nic jej tak dobrze nie zrobi po tym deszczu, jak przespanie się w ciepłej pościeli.
Skrzypnęły cicho drzwi, gdy wychodziła z saloniku. Tymczasem pan Binns popatrzył na Osmela i szybko odwrócił się do niego plecami.
- Ojciec, który nie lubi psa. Nie znosi psa. Jest uprzedzony do psa? – wyliczała Mabel, próbując sobie przypomnieć jakąś książkę, która mogłaby mieć nawiązujący do tego tytuł.