Niewyparzony język ciągnął się za nią na rozciągłości lat jak ta guma balonowa przyczepiona do buta – niby niechciana, ale jednak nieodzownie łącząca się z podeszwą. W gruncie rzeczy, gdyby skąpiła kąśliwych uwag, a w obejściu była zdecydowanie milsza i bardziej stonowana, zatraciłaby pewien ważny faktor jej osobowości. Było nim bycie niebanalnie przerażającą – bo wysoki wzrost nie był jedynym, co wyróżniało jej szczupakowatą sylwetkę z tłumu. Nie bez powodu współpracownicy stawali przed nią na baczność; nie bez powodu była uznawana za największą jędzę na ministerialnych korytarzach; nie bez powodu mawiano, że jej uśmiech zabija.
Początkowa agresja, którymi wybrukowane były jej słowa, ustąpiła miękkości, w której ugięła brwi pod swoim ciężarem. Robert Mulciber nie był osobą, której skrajnie by nie szanowała – ba, zaskarbił sobie w jej umyśle stanowisko osoby, do której żywiła coś więcej niż niechęć i obrzydzenie. Przecież w gruncie rzeczy brzydziła się ludźmi, a jej podejście do nich pozostawiało wiele do życzenia; jak na siostrę magipsychiatry była zaskakująco oschła i nieprzystępna. Wiadomym było, kto w familii otrzymał od bóstw pokłady cierpliwości i zrozumienia.
Ona nawet nie próbowała zrozumieć.
– Mi? Niewyparzony język? No co ty – zabrzmiała ironią, zbierając z ziemi rozwichrzone, poplątane papiery.
– A czy tobie ktoś mówił, że jesteś bardzo spostrzegawczy? – zabrzmiała pytaniem, na którego dnie kryła się niewysłowiona kąśliwość. – Nie? Jakoś mnie to nie dziwi – sarknęła ponownie, wzrok skupiając na cyfrach wypełniających papiery.
Istotnie, choroba Milforda – dar i przekleństwo – sprawiała, iż nawet nie chciała tonąć w szeregach cyfr zawierających się w dokumentach Mulcibera; wiedziała, iż to po raz kolejny przeciążyłyby umysł, wpisując się w jego kanwę bez omyłki. A ona miała dość liczb; chociaż postronni mogliby twierdzić, iż obdarzono ją lwim talentem – ona tak nie uważała.
– Nawet mi ich nie pokazuj. Tych ciągów cyfr. Bo jak się zezłoszczę, to zacznę nachodzić cię w biurze i je recytować – rzekła, prostując się, gdy poskładała własne papiery.