04.04.2023, 18:45 ✶
Jamil przegrał walkę z duchem głównie dlatego, że wciąż był zbyt oszołomiony magią sabatu. Nogi nadal bolały go od tego szaleńczego tańca, a ręce paliły od drzazg pozostałych po wspinaczce na pal. Nowa rezydentka jego ciała nie mogła jednak znać przyczyny tego wszystkiego. Dusza wiedziała jedynie, że znalazła się na rynnie z powodu szybkiej teleportacji w chwili, gdy na polanie w Dolinie Godryka pojawiła się postać w pelerynie. Kimże był ten czarodziej? Podejrzenia rodziły się w głowie, ale tylko grupa nieznajomych, najwyraźniej przyjaciół osoby, która została przezeń opętana, mogła je rozwiać.
- Nic mi nie jest – odkrzyknął nie-Jamil, notując sobie w głowie, że najwyraźniej jest Klausem. Cóż za okropne imię. Przyglądanie się ludziom w dole nie należało zresztą do równie przyjemnych doświadczeń. Walka ze śmietnikiem, zrzucanie zadań z jednego na drugiego, praktycznie zerowa organizacja. Nic dziwnego, że ewakuowali się z miejsca ataku, najwyraźniej będąc przeciwnikami jakichkolwiek idei niesionych przez czarodziejów o wyższych możliwościach. I Salome Delacour wiedziała już, że nie są najlepszymi kandydatami na towarzystwo, skoro tak się sprawy miały. Musiała odnaleźć tego tajemniczego czarodzieja w pelerynie, o którym sądziła, że był tym, który jej przewodził przed śmiercią. Rachuba czasu w świecie za metaforyczną zasłoną nie istniała. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, odkąd umarła, ale była cierpliwa. Z każdym kolejnym razem, gdy świat żywych przeplatał się z tym zmarłych, szukała kogoś, kto mógłby użyczyć jej ciała. I po raz pierwszy nie skończyło się to fiaskiem. Merci beaucoup, Klaus.
Gdy poczuła szarpnięcie kurtki, które skończyło się jej rozdarciem, instynktownie sięgnęła po różdżkę należącą do tego ciała, na wypadek gdyby jasnowłosa kobieta miała schrzanić zaklęcie na tyle, by Salome musiała ratować się sama. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Podejrzenia jednak zrodziła druga z kobiet, również celująca w „Klausa” różdżką. Nie wyglądało to, jakby wspomagała koleżankę, raczej jakby szykowała jakiś atak, zupełnie nieudany. Dobrym środkiem samozachowawczym było jednak udać, że się tego nie zauważyło. Zacisnęła tylko mocniej palce na własnej broni. Niezbyt wygodnej, choć miała wrażenie, że to bardziej kwestia niechęci samego właściciela ciała wobec różdżki, niż wyczucia obcej duszy. Dziwne.
- Dlaczego z drzewa? – zaintrygowała się, nim jej stopy osiadły na ziemi. – Dziękuję ci, Nell? – dodała jeszcze i skinęła głową w kierunku jasnowłosej kobiety. Przynajmniej to jedno imię usłyszała. Pozostałych wciąż nie była świadoma i miała nadzieję, że nie będzie musiała ich użyć. Przynajmniej do momentu, jak będzie mogła się od nich ewakuować, a później ktoś pomoże jej w znalezieniu innego rozwiązania. – Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co się stało? Byłem jakby… nieobecny duchem – powiedziała głosem mężczyzny, wciąż nie do końca czując brytyjski akcent. Czy była szansa, że uznają to za wygłupy? Nadal trzymała różdżkę, nie spuszczając oka z ciemnowłosej kobiety. Nie wiadomo, co jej chodziło po głowie. Potrafiła się pojedynkować, więc w razie ataku powinna sobie poradzić. Chociaż czy z całą trójką?
- Nic mi nie jest – odkrzyknął nie-Jamil, notując sobie w głowie, że najwyraźniej jest Klausem. Cóż za okropne imię. Przyglądanie się ludziom w dole nie należało zresztą do równie przyjemnych doświadczeń. Walka ze śmietnikiem, zrzucanie zadań z jednego na drugiego, praktycznie zerowa organizacja. Nic dziwnego, że ewakuowali się z miejsca ataku, najwyraźniej będąc przeciwnikami jakichkolwiek idei niesionych przez czarodziejów o wyższych możliwościach. I Salome Delacour wiedziała już, że nie są najlepszymi kandydatami na towarzystwo, skoro tak się sprawy miały. Musiała odnaleźć tego tajemniczego czarodzieja w pelerynie, o którym sądziła, że był tym, który jej przewodził przed śmiercią. Rachuba czasu w świecie za metaforyczną zasłoną nie istniała. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, odkąd umarła, ale była cierpliwa. Z każdym kolejnym razem, gdy świat żywych przeplatał się z tym zmarłych, szukała kogoś, kto mógłby użyczyć jej ciała. I po raz pierwszy nie skończyło się to fiaskiem. Merci beaucoup, Klaus.
Gdy poczuła szarpnięcie kurtki, które skończyło się jej rozdarciem, instynktownie sięgnęła po różdżkę należącą do tego ciała, na wypadek gdyby jasnowłosa kobieta miała schrzanić zaklęcie na tyle, by Salome musiała ratować się sama. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Podejrzenia jednak zrodziła druga z kobiet, również celująca w „Klausa” różdżką. Nie wyglądało to, jakby wspomagała koleżankę, raczej jakby szykowała jakiś atak, zupełnie nieudany. Dobrym środkiem samozachowawczym było jednak udać, że się tego nie zauważyło. Zacisnęła tylko mocniej palce na własnej broni. Niezbyt wygodnej, choć miała wrażenie, że to bardziej kwestia niechęci samego właściciela ciała wobec różdżki, niż wyczucia obcej duszy. Dziwne.
- Dlaczego z drzewa? – zaintrygowała się, nim jej stopy osiadły na ziemi. – Dziękuję ci, Nell? – dodała jeszcze i skinęła głową w kierunku jasnowłosej kobiety. Przynajmniej to jedno imię usłyszała. Pozostałych wciąż nie była świadoma i miała nadzieję, że nie będzie musiała ich użyć. Przynajmniej do momentu, jak będzie mogła się od nich ewakuować, a później ktoś pomoże jej w znalezieniu innego rozwiązania. – Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co się stało? Byłem jakby… nieobecny duchem – powiedziała głosem mężczyzny, wciąż nie do końca czując brytyjski akcent. Czy była szansa, że uznają to za wygłupy? Nadal trzymała różdżkę, nie spuszczając oka z ciemnowłosej kobiety. Nie wiadomo, co jej chodziło po głowie. Potrafiła się pojedynkować, więc w razie ataku powinna sobie poradzić. Chociaż czy z całą trójką?